Konstanty (imiona bohaterów zostały zmienione) pracował w Polsce jako kierowca taksówki, jeżdżąc wynajętym samochodem. W maju 2025 roku miał wypadek w Białymstoku — na przejściu dla pieszych w jego auto z dużą prędkością wjechała dziewczyna na hulajnodze elektrycznej. Policja orzekła, że Białorusin nie ponosi winy za zdarzenie, ale to nie rozwiązało wszystkich problemów. Sprawą Konstantego podzieliła się jego żona Maria — wspólnie z nią redakcja MOST przeanalizowała, kto w takich przypadkach pokrywa koszty leczenia i naprawy pojazdu.
Tego feralnego dnia Konstanty utknął w korku w godzinach szczytu. Gdy ruszał przez niesygnalizowane przejście dla pieszych, w przednią część samochodu z impetem wjechała dziewczyna na hulajnodze — i przewróciła się.
Konstanty natychmiast wysiadł z auta, zapytał, czy nic jej nie jest, i zaproponował wezwanie karetki i policji. Dziewczyna jednak odmówiła — przyznała się do winy i poprosiła, by zawiózł ją na SOR, żeby upewnić się, że wszystko z nią w porządku.
Kierowca nie tylko zawiózł ją do szpitala, ale też poczekał na zakończenie badań.
— Powiedziano, że nie wymaga hospitalizacji. Dokładnej diagnozy nie znam. Może skręciła kostkę albo coś z więzadłami. Gipsu nie miała — wspomina Maria.
Konstanty wymienił się z nią numerami telefonów i zaproponował, że w razie potrzeby może ją jeszcze raz zawieźć do lekarza. Rozstali się w zgodzie — i, jak mówi Maria, historia powinna się była na tym zakończyć.
„Już nawet o tym nie myśleliśmy”
Ale małżeństwo spotkała niemiła niespodzianka. Dwa tygodnie po zdarzeniu dziewczyna zadzwoniła do Konstantego i poprosiła o numer polisy ubezpieczeniowej — chciała uzyskać odszkodowanie za uszczerbek na zdrowiu.
— Byliśmy w szoku. Już nawet o tym nie myśleliśmy, byliśmy pewni, że sprawa zakończona — mówi Maria. — Ale podaliśmy jej numer polisy, bo głupio było odmówić. Skontaktowała się z ubezpieczycielem.
Konstanty otrzymał z towarzystwa ubezpieczeniowego formularz, w którym trzeba było podać dane uczestników zdarzenia i samochodu, a także dokładnie opisać sytuację i naszkicować jej przebieg.
— Wypełniliśmy wszystko, dołączyliśmy zdjęcia samochodu i wysłaliśmy mailowo. Ubezpieczyciel miał zbadać sprawę i odpowiedzieć, czy dziewczynie należy się odszkodowanie, czy nie — opowiada Maria.
Rozwiązał umowę i został z długiem
W tym samym czasie wygasała umowa najmu samochodu, którym jeździł Konstanty. Białorusin nie planował jej przedłużać — zgodnie z warunkami umowy, poinformował właściciela z miesięcznym wyprzedzeniem.
Przy rozwiązaniu umowy Konstanty liczył na zwrot kaucji w wysokości 420 złotych. Właściciel odmówił.
W umowie znalazło się kilka zapisów, które częściowo dotyczyły tej sytuacji. Po pierwsze, było tam napisane, że kaucja jest zwracana w przypadku braku uszkodzeń pojazdu (nie wspomniano, co się dzieje, gdy uszkodzenia nie powstały z winy najemcy). Po drugie, że jeśli szkody powstały z winy najemcy, to ma on również pokryć koszty naprawy.
Właściciel samochodu nie tylko odmówił zwrotu kaucji, ale też zażądał dodatkowej rekompensaty za uszkodzenia auta.
— Wytłumaczyliśmy, że mąż nie był winny. Na przejściu nie było znaku dla rowerzystów, a to znaczy, że rowerzysta albo osoba na hulajnodze nie może się tam poruszać [na pojeździe]. Powinni zejść i przeprowadzić pojazd przez jezdnię — mówi Maria.
W Ustawie Prawo o ruchu drogowym — w pkt. 11 art. 2 — zapisano, że przejście dla pieszych przeznaczone jest wyłącznie dla pieszych. Natomiast pkt. 3 art. 33a mówi, że rowerzystom i użytkownikom hulajnóg zabrania się wjeżdżać na jezdnię, chyba że znajduje się tam przejazd dla rowerów. W związku z tym, jeśli w pobliżu nie ma znaku „przejazd dla rowerów”, rowerzyści i osoby na hulajnogach mają obowiązek zejść z pojazdu i przeprowadzić go przez przejście jak pieszy.
Jednak ponieważ uczestnicy zdarzenia nie wezwali policji, nie było żadnego oficjalnego potwierdzenia niewinności Konstantego.
Właściciel auta oszacował szkody na 3 tysiące złotych. Konstanty nie zgodził się z tą wyceną. Ale potrzebował, żeby został podpisany protokół zdania pojazdu — inaczej umowa najmu przedłużyłaby się automatycznie i musiałby dalej opłacać wynajem.
Zaczęły się negocjacje. Ostatecznie uzgodnili kwotę 580 złotych. Konstanty przelał ją na konto właściciela i poprosił o zapis, że środki te wpłaca tymczasowo — do momentu oficjalnego ustalenia winy w zdarzeniu drogowym. Jeśli okaże się, że to on był winny, pieniądze zostają u właściciela. Jeśli nie — mają zostać zwrócone. Ostatecznie ustalili to ustnie.
„Tak szybkiej karmy w życiu nie widziałam”
Właściciel samochodu spotkał się po drodze z użytkowniczką hulajnogi. I wtedy na Konstantego i Marię czekała kolejna niespodzianka: dziewczyna postanowiła zażądać od Białorusina odszkodowania.
— Chciała gotówki. Najpierw 15 tysięcy złotych, potem zeszła do 9 tysięcy — opowiada Maria. — Byliśmy w szoku. Nie sądziliśmy, że coś takiego w ogóle jest możliwe.
Zdecydowali się nie płacić. Zamiast tego znaleźli prawnika i postanowili zgłosić sprawę na policję, aby oficjalnie ustalić winnego. Ale okazało się, że dziewczyna ich ubiegła — sama zgłosiła się na komisariat. Stamtąd zadzwoniono do Konstantego i zaproszono go na przesłuchanie.
Na spotkanie z policją Maria poszła razem z mężem — biegle mówi po polsku i występuje jako jego oficjalny pełnomocnik.
— Dokładnie opisaliśmy zdarzenie, pokazaliśmy zdjęcia auta. Nasze relacje i wersja dziewczyny się pokrywały. Policja potwierdziła, że winę ponosi kierująca hulajnogą. Powiedziano nam jednak, że oficjalna decyzja przyjdzie pocztą — wspomina Maria. — Pismo przyszło po około tygodniu. Męża uznano za poszkodowanego, a dziewczyna otrzymała mandat. Tak szybkiej karmy w życiu nie widziałam.
„Jesteśmy gotowi na ugodę”
Dokument z policji Maria przesłała do towarzystwa ubezpieczeniowego. Wysłali także do właściciela auta formalne wezwanie do zapłaty.
— W zasadzie to on powinien zamówić wycenę szkód u rzeczoznawcy, przygotować wezwanie do zapłaty i wysłać je dziewczynie — uważa Maria.
Po pewnym czasie właściciel sam skontaktował się z Konstantym i zaproponował zwrot całej sumy. Jak się okazało, otrzymał informację od ubezpieczyciela o niewinności kierowcy.
Uzgodnili, że pieniądze zostaną zwrócone w ciągu siedmiu dni.
— Jesteśmy otwarci na ugodę. Nawet jeśli poprosi o rozłożenie spłaty na raty — mówi Maria. — Z naszej strony zaproponowaliśmy pomoc w odzyskaniu pieniędzy od dziewczyny.