Nowy Rok zaczęła od wizyty na komisariacie. Białorusinka z Białegostoku ukarana za nieświadomą kolizję

Dla Wiery Nowy Rok zaczął się od wizyty na komisariacie polskiej policji. Okazało się, że została uczestniczką kolizji drogowej. O zdarzeniu nie wiedziała ani Białorusinka, ani drugi uczestnik. Mimo to oboje zostali ukarani mandatami. Wszystko przez czujnego świadka. Swoją historią kobieta podzieliła się z MOST.

Wezwanie Wiery, która od kilku lat mieszka w Białymstoku, przyszło tuż przed Nowym Rokiem. Zawierało informację o dniu i godzinie, w których jej samochód miał brać udział w kolizji. Kobieta przypomniała sobie tamten grudniowy dzień.

Po godzinie 16 wracała z pracy. Było już ciemno, padał mokry śnieg.

— Usłyszałam dźwięk, jakby spod koła wyleciał kamyk. Jechałam bardzo wolno. Pojechałam dalej, ale czułam niepokój. W domu dokładnie obejrzałam koła, karoserię i lusterka. Wszystko było w porządku. Uspokoiłam się.

„Konsultowałam się z Chatem GPT”

Święta noworoczne Wiera spędziła w napięciu.

— Konsultowałam się z Chatem GPT, pytałam, czy mogą mnie pociągnąć do odpowiedzialności za oddalenie się z miejsca kolizji. Uspokoił mnie. Powiedział, że w takim przypadku w wezwaniu byłby wskazany konkretny artykuł.

W wyznaczonym dniu Wiera poszła na komisariat. Tam dowiedziała się, że zdarzenie zgłosił uważny przechodzień. Według jego relacji samochód Wiery zahaczył o inny pojazd zaparkowany przy krawężniku. Świadek zapamiętał numer rejestracyjny auta Białorusinki.

Na miejsce przyjechał patrol. Wezwano właściciela drugiego samochodu. Obejrzał pojazd, ale nie znalazł żadnych śladów zdarzenia — rys ani innych uszkodzeń. Nie miał pretensji do kierowcy, który odjechał. Mimo to on również został ukarany mandatem. Okazało się, że zaparkował samochód niezgodnie z przepisami.

Minimalny mandat

Na komisariacie Wiera wyjaśniła, że nie zauważyła kolizji. Funkcjonariuszka — jak relacjonuje kobieta — była życzliwie nastawiona. Ostatecznie Wiera została ukarana mandatem w wysokości 100 złotych i nie otrzymała punktów karnych.

— Nawet mimo tego, że drugi samochód był zaparkowany nieprawidłowo, zgodnie z prawem to ja ponoszę odpowiedzialność jako kierowca. Powinnam była się zatrzymać, spróbować skontaktować z właścicielem tamtego auta, a następnie sporządzić oświadczenie, że nie mamy wobec siebie roszczeń — podsumowuje Wiera.

Białorusin wybrał się na grzyby pod Wołomin i natrafił na ślady złodziei samochodów

Jan wybrał się na grzyby do lasu niedaleko Wołomina, miasta położonego pod Warszawą. Spacerując jedną ze ścieżek, natknął się na stertę części samochodowych. Po wyglądzie można było wnioskować, że wyrzucono je całkiem niedawno. Białorusin podejrzewa, że to sprawka złodziei samochodów, którzy rozbierają kradzione auta na części, sprzedają to, co ma wartość, a resztę wywożą do lasu, by pozbyć się dowodów. Teraz Jan zamierza przekazać informację policji, aby pomóc w ujęciu sprawców.

Ścieżka, na której znalazł części, odchodzi od leśnej drogi. Dla przestępców to miejsce idealne: grzybiarze zaglądają tam rzadko, a szerokość drogi pozwala wjechać samochodem.

Jan słyszał, że już w latach 90. w Wołominie działały gangi złodziei aut. Sam również wcześniej, chodząc na grzyby, trafiał na podobne „cmentarzyska samochodowe”. Wtedy jednak łatwo było dostrzec, że części leżą w lesie od dawna – porastały je mchy. Najnowsza znaleziona przez niego sterta, jak mówi, wyglądała na świeżą. Wyrzucone elementy były suche, co oznacza, że pozbyto się ich jeszcze przed ostatnim deszczem.

Przyglądając się bliżej, Jan doszedł do wniosku, że do lasu trafiły pozostałości co najmniej dwóch aut: Volvo i Lexusa.

— Tapicerka, gąbka, siedzenia — wylicza mężczyzna. Jego zdaniem są to elementy, których nie da się sprzedać. — Pozbywają się ich jak śmieci i dowodów.

Jan sfotografował znalezisko i zapisał współrzędne miejsca, w którym leżały części. Teraz planuje przekazać te informacje policji.

W powodzenie akcji zatrzymania złodziei Jan wierzy jednak słabo. Po pierwsze, nawet jeśli przy wjeździe do lasu stoją kamery, to rejestrują one dziesiątki samochodów grzybiarzy. Po drugie, pracę policji w Polsce mężczyzna określa jako „zbiurokratyzowaną”. Mimo to postanowił spróbować pomóc w namierzeniu choćby jednego złodzieja.

Części samochodowe znalezione przez Jana. Fot. z jego archiwum

Jakie auta kradnie się w Polsce

W 2024 roku w Polsce odnotowano około 10 tys. kradzieży samochodów. Według danych Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR, z tego powodu z ewidencji wyrejestrowano 5327 aut osobowych i dostawczych. Różnica wynika z faktu, że część pojazdów udaje się odzyskać i zwrócić właścicielom, a część nadal jest poszukiwana. Mazowsze, w tym Warszawa, pozostaje liderem pod względem liczby kradzieży — odpowiada za 40% wszystkich przypadków w kraju.

Z informacji SAMAR wynika, że najczęściej kradzione są samochody marek Toyota, Audi, BMW, Volkswagen i Mercedes-Benz.

Cudzoziemcy mieszkający w Polsce ponad 185 dni w roku będą musieli zarejestrować auta w tym kraju

Cudzoziemcy mieszkający w Polsce będą zobowiązani do rejestrowania samochodów w tym kraju. Wynika to z projektu ustawy przygotowanego z inicjatywy Ministerstwa Infrastruktury.

Dokument przewiduje dwa nowe rozwiązania. Po pierwsze, jeśli właściciel samochodu na zagranicznych numerach przebywa w Polsce ponad 185 dni w roku, ma obowiązek zarejestrować pojazd w Polsce — w ciągu 30 dni od momentu spełnienia warunku 185 dni.

Po drugie, nawet jeśli warunek 185 dni nie jest spełniony, ale samochód na zagranicznych numerach przebywa w Polsce dłużej niż rok od dnia przekroczenia granicy, również trzeba będzie go zarejestrować w Polsce. W przeciwnym razie przestanie być uznawany za „pojazd znajdujący się w ruchu międzynarodowym”. Oznacza to, że właścicielowi takiego auta mogą zostać zatrzymane zagraniczne dokumenty rejestracyjne, a pojazdowi — zakazany udział w ruchu drogowym.

Ponadto projektodawca chce zobowiązać wszystkie pojazdy, które przez dłuższy czas jeżdżą po polskich drogach, do przeprowadzania badań technicznych w Polsce.

Szacuje się, że obecnie w Polsce mogą przebywać dziesiątki tysięcy samochodów zarejestrowanych w innych państwach i nieujętych w polskim systemie badań technicznych.

Luksusowe auta mimo sankcji trafiały do Rosji. Białorusin opowiada, jak to działało

Polska policja rozbiła grupę przestępczą, która z pominięciem sankcji dostarczyła do Rosji i Białorusi około 600 luksusowych samochodów. Tylko w Polsce zatrzymano już 20 osób, a cały mechanizm działał w wielu krajach Europy, m.in. w Czechach, na Litwie i w Niemczech. MOST odnalazł jednego z Białorusinów, któremu proponowano udział w podobnym „biznesie”, i zapytał go, jak to wyglądało w praktyce.

Egor (imię zmienione) mieszka w Polsce od ponad trzech lat. Przed emigracją przez 13 lat zajmował się handlem samochodami — sprowadzał auta z Europy i sprzedawał je na Białorusi.

Zimą 2024 roku dawni „koledzy”, którzy podobnie jak on od lat działali w białoruskim autobiznesie, zaproponowali mu współpracę. Egor opisuje ich tak: mają europejskie karty pobytu, w 2011 roku zainwestowali zyski ze sprzedaży aut w kryptowaluty, posiadają nieruchomości zarówno na Białorusi, jak i w krajach UE, i wciąż prowadzą działalność w Mińsku.

Wiedząc, że Egor osiedlił się w Polsce, zaproponowali mu „dorobek” — wyszukiwanie polskich firm i salonów gotowych sprzedawać auta na eksport do Gruzji, Armenii i Kazachstanu. Najbardziej interesowały ich nowe BMW w najwyższej wersji wyposażenia — modele, które w Rosji kosztowały o 50–60 tys. euro więcej niż w Polsce.

Do Rosji obowiązuje zakaz wwozu samochodów o wartości powyżej 50 tys. euro, z silnikiem większym niż 1,9 litra, a także aut elektrycznych i hybrydowych. W 2024 roku podobne sankcje rozszerzono również na Białoruś, głównie w celu zatrzymania reeksportu. Wtedy na listę dodano też pojazdy o prześwicie 165 mm i wyższym — aby dodatkowo odciąć crossovery i SUV-y, które często trafiały tranzytem do Rosji.

Formalnie w sprzedaży aut do Gruzji, Armenii i Kazachstanu nie było nic nielegalnego. Wielu dostawców jednak odrzucało takie propozycje, wiedząc, że prawdziwych kupców tam raczej nie ma, a pojazdy ostatecznie trafią do Rosji.

Jak zacierano ślady

Egor opowiada, że aby zamaskować trasę auta, sprzedawano je kilkukrotnie — w przeciwnym razie „mogło się odezwać urzędy skarbowe”. Zdarzało się, że samochód zmieniał dwóch–trzech właścicieli, zanim ostatecznie trafił na eksport, a sprzedawcy odzyskiwali zapłacony VAT.

Auto wyjeżdżało do Rumunii lub Bułgarii, skąd przewożono je do Gruzji promem albo lawetą — przez Turcję.

Dokument sprzedaży wystawiano na obywatela kraju trzeciego. Poszukiwanie takich osób również interesowało organizatorów procederu.

Z Gruzji, jak relacjonuje Egor, auto trafiało następnie do odprawy celnej na Białorusi — to było jeszcze przed pełnym zharmonizowaniem sankcji wobec Rosji i Białorusi. Wartość celną często zaniżano: np. zamiast 100 tys. euro wpisywano 80 tys.

Zapłata — 2,5–3 tys. euro za jeden samochód

Znajomi nie wprowadzali Egora w błąd: od razu powiedzieli, że chodzi o sprzedaż luksusowych aut do Rosji i na Białoruś. Na tym zarabiali 5% wartości. Jemu zaproponowano 2,5–3 tys. euro za każdy samochód.

Egor odrzucił tę propozycję, ponieważ nie znalazł odpowiednich kontaktów. Obdzwonił i objechał kilka salonów, w których sprzedawano poszukiwane modele. Oficjalni dystrybutorzy natychmiast odmówili, a nieoficjalni — choć nie od razu — po pewnym czasie oddzwonili i również poinformowali, że nie podejmą współpracy.

Egor nie wyklucza, że część z nich miała już stałych klientów do takich transakcji. Do takiego wniosku doszedł, ponieważ właśnie te salony polecali mu znajomi, którzy oferowali „dorobek”.

— Szczerze mówiąc, w domu nikt by mi tego nie wybaczył. Moja żona po 2020 roku jest zaangażowana w inicjatywy wspierające więźniów politycznych, razem chodzimy na akcje solidarności. Dla niej każda współpraca, która choć w najmniejszym stopniu łączy się z Rosją lub Białorusią, to czerwona płachta. Nie chciałaby nawet słuchać, ile mogliby zapłacić — sam fakt takiej propozycji mógłby postawić kropkę w naszych relacjach. Dlatego chyba cieszę się, że niczego nie udało się znaleźć — dodaje Egor.

 

W Polsce chcą zobowiązać auta na białoruskich i ukraińskich numerach do przechodzenia badań technicznych

Ministerstwo Infrastruktury chce zobowiązać wszystkie pojazdy, które długotrwale poruszają się po polskich drogach, do przechodzenia badań technicznych w Polsce. Wymóg ma dotyczyć także samochodów zarejestrowanych w innych krajach, w tym na Białorusi i w Ukrainie. Odpowiedni projekt ustawy jest już w trakcie konsultacji — pisze „Wprost”.

Obecnie wiele aut na zagranicznych numerach nie podlega obowiązkowemu systemowi badań technicznych. Choć policja drogowa może zatrzymywać pojazdy niespełniające wymogów technicznych, w praktyce dzieje się to rzadko — na przykład po wypadkach.

Od początku wojny w Ukrainie do Polski wjechało ponad 140 tys. samochodów. Część z nich wróciła lub pojechała dalej na Zachód, ale po polskich drogach wciąż mogą jeździć dziesiątki tysięcy aut zarejestrowanych za granicą, które nie są objęte polskim systemem badań technicznych.

Według danych policji w 2024 roku w Polsce doszło do 21,5 tys. wypadków drogowych, w których zginęło prawie 1,9 tys. osób. Prawie 1,2 tys. zdarzeń spowodowali cudzoziemcy. Uczestnikami 1070 takich wypadków byli Ukraińcy (zginęło w nich 78 osób), 134 — Białorusini (14 ofiar śmiertelnych), a 66 — Gruzini (6 ofiar).

Policja rozbiła grupę przestępczą. 600 luksusowych samochodów trafiło do Rosji i Białorusi

W Polsce zatrzymano 20 osób zaangażowanych w proceder dostarczania do Rosji i Białorusi luksusowych samochodów z pominięciem sankcji.

Grupa działała w kilku krajach Europy: Polsce, Czechach, Litwie, Niemczech i innych. Schemat wyglądał następująco: na podstawione osoby zakładano firmy i działalności gospodarcze. Samochody marek premium (BMW, Mercedes, Porsche, Lexus, Range Rover) kupowano w salonach, a następnie kilkukrotnie odsprzedawano przez łańcuch firm w różnych państwach. Potem ponownie trafiały do Polski, skąd eksportowano je formalnie do firm białoruskich, kazachskich i azerskich.

W rzeczywistości auta trafiały do Rosji, dokąd ich sprzedaż jest zakazana ze względu na sankcje. Obowiązuje tam zakaz wwozu samochodów o wartości powyżej 50 tys. euro, z silnikiem o pojemności większej niż 1,9 litra, a także pojazdów elektrycznych i hybrydowych.

W 2024 roku podobne restrykcje wprowadzono również wobec Białorusi, głównie w celu zatrzymania reeksportu. Jednak, jak wynika z ustaleń, grupa wciąż dostarczała tam luksusowe auta. Według policji w ten sposób do Rosji i na Białoruś trafiło około 600 pojazdów.

Policja odkryła fikcyjne faktury VAT na łączną kwotę ponad 17 mln złotych. Firmy kontrolowane przez członków grupy uzyskały nieuzasadniony zwrot VAT przekraczający 40 mln złotych.

Zatrzymanym postawiono zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, wystawiania fikcyjnych faktur, prania pieniędzy i obchodzenia sankcji. Trzem osobom przedstawiono zarzut kierowania grupą, a dwóch podejrzanych trafiło na trzymiesięczny areszt. Na kontach podejrzanych zablokowano 10 mln złotych, zabezpieczono także luksusowe zegarki, biżuterię i gotówkę w różnych walutach.

Białorusin w Polsce stracił prawo jazdy przez 12 mandatów jednego dnia. Musiał zdawać egzamin od nowa

Aleksander jest kierowcą z wieloletnim stażem, ale w tym roku musiał ponownie zdawać prawo jazdy. Stało się tak, ponieważ w Polsce zawieszono ważność jego uprawnień z powodu dużej liczby punktów karnych. Zebrał je w jeden dzień — otrzymując od razu 12 mandatów. Jak znalazł się w takiej sytuacji i jak z niej wyszedł, Białorusin opowiedział MOST.

Prawo jazdy Aleksander zdobył jeszcze na Białorusi, ale po przeprowadzce do Białegostoku wymienił je na polskie. Samochodu jednak nie przerejestrował — nadal miał białoruskie numery.

W Polsce, jeśli kamery zarejestrują przekroczenie prędkości przez auto na polskich tablicach, do właściciela trafia zawiadomienie. Może on sam opłacić mandat albo wskazać osobę, która tego dnia prowadziła pojazd. Z samochodami na zagranicznych numerach jest inaczej. Wykroczenie zostaje zapisane, ale w systemie nie ma adresu, na który można wysłać zawiadomienie. Niektórzy myślą, że to chroni właściciela. W rzeczywistości naruszenia i tak są odnotowywane w systemie — po numerze rejestracyjnym.

„Bardzo dobrze. Ale dla pana źle”

W majówkę Aleksander jechał z Białegostoku do Augustowa — miasta w województwie podlaskim. Niedługo po wyjeździe z miasta zatrzymano jego auto. Patrol poruszał się nieoznakowanym samochodem — takiego od razu nie widać. Okazało się, że mężczyzna przekroczył prędkość. Na tym jednak się nie skończyło. Funkcjonariusze zapytali, czyj to samochód i kto nim jeździ. Przyznał, że auto jest jego i że sam z niego korzysta.

— Powiedzieli: „Bardzo dobrze. Ale dla pana źle”.

Tak Aleksander dowiedział się, że w systemie widnieje 12 przekroczeń prędkości jego samochodem w ciągu roku. Za wszystkie wykroczenia wystawiono więc od razu 12 mandatów. W zależności od skali przekroczenia liczba przyznanych punktów karnych była różna, ale łącznie przekroczyła dopuszczalny próg.

Tego samego dnia zaczął przygotowania do egzaminu

Prawo jazdy Aleksandra nie zostało fizycznie zatrzymane — pozwolono mu dojechać do celu. Uprzedzono jednak, że otrzyma zawiadomienie o zablokowaniu uprawnień.

Mandaty można było zaskarżyć. Na przykład twierdząc, że w którymś przypadku prowadziła żona Aleksandra — ona również ma prawo jazdy. Zrezygnowali jednak z takiej opcji, tym bardziej że na nagraniach z kamer wyraźnie było widać, iż samochód prowadził mężczyzna.

— Tego samego dnia zacząłem przygotowywać się do egzaminu — mówi Aleksander. — Po co czekać? I tak było jasne, że pismo o zawieszeniu uprawnień przyjdzie.

Pismo rzeczywiście dotarło po około 18 dniach. Wynikało z niego, że prawo jazdy zostaje zablokowane do czasu ponownego zdania egzaminu.

Nawet nie wyjechał z placu manewrowego

Najpierw Aleksander przeszedł obowiązkowe badanie psychologiczne. Kosztowało to 200 zł. Następnie udał się do urzędu po profil kandydata na kierowcę (PKK) — jest on potrzebny do przystąpienia do egzaminu. Z nim w ośrodku egzaminacyjnym WORD zapisał się na część teoretyczną. Teorię Białorusin zdał za pierwszym razem.

— W Polsce w pytaniach nie ma podchwytliwości, jak na Białorusi — zauważa. — Do egzaminu można przygotować się całkiem łatwo.

Z częścią praktyczną pojawił się jednak problem — Aleksander nie wyjechał nawet z placu manewrowego. Mówi, że bardzo ważna jest płynność jazdy, nie można się zatrzymywać, a on tego nie uwzględnił.

„Egzamin zdaje papier, a nie człowiek”

Za pierwszym razem Aleksander otrzymał PKK tylko na jedną próbę, więc musiał wyrobić nowy numer, by ponownie się zapisać. Okazało się jednak, że musi zdawać teorię od nowa. Wynika to z faktu, że wynik egzaminu zapisywany jest pod numerem PKK.

— Mówię: „Przecież zdałem teorię”. — „Pan zdał, ale numer nie”. U nich egzamin zdaje papier, a nie człowiek.

Tym razem, żeby mieć pewność, że zda, Aleksander poszedł do instruktora. Ćwiczył z nim najważniejsze elementy, o których nie można zapominać na egzaminie.

— Umiesz jeździć, ale musisz o tym zapomnieć — wspomina słowa instruktora. Musiał nauczyć się rzeczy, które sprawdzają u początkujących kierowców.

Ostatecznie praktykę Aleksander zdał. W urzędzie wydano mu decyzję o odblokowaniu prawa jazdy. Zalecono mu, by przez pewien czas woził ją przy sobie — na wypadek, gdyby w systemie nie od razu zaktualizowano informację, że jego uprawnienia znów są ważne.

 

Fałszywi agenci i lewe dane. Tak stracił polisę białoruski kierowca

Po przeprowadzce do Polski, Jahor najpierw pracował jako kurier, a później zatrudnił się w firmie taksówkarskiej. W obu przypadkach potrzebował samochodu — i oczywiście ubezpieczenia OC. Z tym ostatnim jednak nie miał szczęścia. Najpierw padł ofiarą oszusta, a później — pośrednika, który celowo podał nieprawdziwe dane do towarzystwa ubezpieczeniowego. MOST porozmawiał z mężczyzną i sprawdził, jak nie powtórzyć jego błędów.

„Twoje ubezpieczenie się nie wyświetla”

W 2022 roku, zaraz po przyjeździe do Polski, Jahor pracował jako kurier i zaczął załatwiać formalności związane ze swoim pierwszym samochodem. W Telegramie natrafił na agenta, który zaproponował polisę OC za 800 zł.

— Zapłaciłem mu, wysłał mi dokument — wszystko wyglądało jak należy. Sprawdziłem: ubezpieczenie było w bazie, więc spokojnie jeździłem kilka miesięcy — wspomina Jahor.

Okazało się jednak, że agent nigdy nie opłacił polisy. Przez pierwsze dni była ona widoczna w systemie, ale później została anulowana. Jahor nie miał o tym pojęcia — aż do momentu, gdy zatrzymała go policja.

— Zatrzymali mnie za przepaloną żarówkę. Sprawdzili dokumenty i mówią: „Twoje ubezpieczenie się nie wyświetla”. Pokazuję im polisę — są zdziwieni. Powiedzieli, że dostanę pismo i puścili mnie wolno.

Później Jahor dowiedział się, że nie był jedyną ofiarą tego agenta — wielu kurierów w jego mieście także korzystało z jego usług. Rozpoczęło się policyjne dochodzenie, ale Jahora wezwano na komisariat dopiero dwa lata później, kiedy mieszkał już w innym mieście.

— Przyszedłem wtedy, złożyłem zeznania. Powiedziano mi, że ten człowiek albo jest poszukiwany, albo wyjechał z kraju. Pieniędzy, rzecz jasna, nie odzyskałem — mówi Jahor.

„Ubezpieczenie było aktywne. A potem po prostu zniknęło”

Z czasem Jahor zaczął pracować jako kierowca taksówki — i doznał szoku, gdy zobaczył ceny polis. Roczne OC potrafiło kosztować nawet 10 tysięcy złotych, podczas gdy sam samochód kupił za 20 tysięcy.

— Rozumiem, że dla taksówek są inne stawki, ale to była przesada. Zacząłem więc szukać sposobów, żeby zaoszczędzić. Znajomy polecił mi agenta na Telegramie. Powiedział, że można wykupić ubezpieczenie nie jako dla taksówki, tylko jako dla zwykłego auta. Wtedy koszt wyniesie około 1400–1450 złotych. Zgodziłem się — opowiada Jahor.

Wysłał kopię dowodu rejestracyjnego, otrzymał polisę w wersji elektronicznej i od razu sprawdził ją w bazie Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego (UFG). Nauczyony wcześniejszym doświadczeniem, przez kolejne miesiące regularnie kontrolował status polisy — wszystko było w porządku.

Aż do momentu, gdy sytuacja się powtórzyła.

— Zadzwoniłem do znajomego, a on w rozmowie wspomniał, że jego ubezpieczenie zostało anulowane. Mieliśmy polisę w tej samej firmie. Poradził mi, żebym sprawdził swoją. Sprawdzam — i nagle nie ma. Usunięta z systemu.

Okazało się, że ubezpieczyciel anulował tysiące takich polis z powodu niezgodności danych. Jahor o tym nie wiedział — patrzył tylko, czy ubezpieczenie jest aktywne.

— Nawet nie zauważyłem, że adres na polisie nie był mój. Najważniejsze było, że działa. A potem się okazało, że wszystko było „lewe”. Nikt do mnie nie zadzwonił, nie napisał. Zostałem bez ubezpieczenia — mówi.

„Wszystkie konta, z których płacili, są teraz zablokowane”

Po anulowaniu polisy Jahor skontaktował się ze swoim agentem i firmą ubezpieczeniową. Agent nie zaprzeczał — przyznał, że w polisie wpisano fałszywe dane.

— Powiedział mi, że jeśli wpisze się adres w Warszawie, ubezpieczenie kosztuje 3000 złotych. A jeśli zaznaczy się jakąś wieś, to wychodzi 1300 — wspomina Jahor.

W firmie ubezpieczeniowej usłyszał standardową odpowiedź: z powodu rozbieżności w danych polisa została anulowana, a zwrot pieniędzy zostanie wysłany na konto, z którego przyszła płatność.

Problem w tym, że Jahor nie opłacał ubezpieczenia ze swojego konta. Wysłał pieniądze przez Blika na numer telefonu pewnej kobiety, a samą opłatą zajął się agent.

— Zapytałem go potem, co z moimi pieniędzmi. Powiedział, że wszystkie konta, z których dokonywali wpłat, są teraz zablokowane. Twierdził, że będą oddawać pieniądze „z własnej kieszeni”. Ale szczerze mówiąc, nie liczę na zwrot. Na razie cisza — mówi Jahor.

„Musiałem się zadłużyć i kupić nowe ubezpieczenie”

Po unieważnieniu polisy Jahor wykupił nowe ubezpieczenie — tym razem już oficjalne, przeznaczone dla kierowców taksówek. Znów szukał najtańszej opcji i trafił na agenta, który wystawił mu polisę za 7600 złotych.

— To mniej niż 10 tysięcy, ale i tak dużo. Zwłaszcza że mój samochód kosztował dwadzieścia — mówi. — Ale wszystko jest teraz poprawnie wystawione, dane się zgadzają, regularnie to sprawdzam.

Mimo wcześniejszych problemów Jahor nie uważa, że każdy agent działający przez Telegram to oszust.

— Wielu agentów pracuje online, szczególnie z migrantami. Najważniejsze to wiedzieć, komu płacisz. Wtedy ryzyko jest mniejsze — podsumowuje. — Co mogę powiedzieć… Chciwy traci dwa razy. Sam jestem sobie winien. Chciałem zaoszczędzić.

Przyznaje, że gdyby wiedział o problemie choć miesiąc wcześniej, być może całkiem zrezygnowałby z pracy w taksówce.

— Bo te kwoty są po prostu nienormalne — tłumaczy. — Taksówkarzy i tak teraz się dusi — kontrole, mandaty, zmiany przepisów. Ale wtedy nie było czasu na zastanowienie. Musiałem się zadłużyć i kupić nową polisę, żeby nie stracić pracy.

 

Hulajnoga uderzyła w taksówkę. Białorusin miał zapłacić za wszystko — ale wygrał sprawę

Konstanty (imiona bohaterów zostały zmienione) pracował w Polsce jako kierowca taksówki, jeżdżąc wynajętym samochodem. W maju 2025 roku miał wypadek w Białymstoku — na przejściu dla pieszych w jego auto z dużą prędkością wjechała dziewczyna na hulajnodze elektrycznej. Policja orzekła, że Białorusin nie ponosi winy za zdarzenie, ale to nie rozwiązało wszystkich problemów. Sprawą Konstantego podzieliła się jego żona Maria — wspólnie z nią redakcja MOST przeanalizowała, kto w takich przypadkach pokrywa koszty leczenia i naprawy pojazdu.

Tego feralnego dnia Konstanty utknął w korku w godzinach szczytu. Gdy ruszał przez niesygnalizowane przejście dla pieszych, w przednią część samochodu z impetem wjechała dziewczyna na hulajnodze — i przewróciła się.

Konstanty natychmiast wysiadł z auta, zapytał, czy nic jej nie jest, i zaproponował wezwanie karetki i policji. Dziewczyna jednak odmówiła — przyznała się do winy i poprosiła, by zawiózł ją na SOR, żeby upewnić się, że wszystko z nią w porządku.

Kierowca nie tylko zawiózł ją do szpitala, ale też poczekał na zakończenie badań.

— Powiedziano, że nie wymaga hospitalizacji. Dokładnej diagnozy nie znam. Może skręciła kostkę albo coś z więzadłami. Gipsu nie miała — wspomina Maria.

Konstanty wymienił się z nią numerami telefonów i zaproponował, że w razie potrzeby może ją jeszcze raz zawieźć do lekarza. Rozstali się w zgodzie — i, jak mówi Maria, historia powinna się była na tym zakończyć.

„Już nawet o tym nie myśleliśmy”

Ale małżeństwo spotkała niemiła niespodzianka. Dwa tygodnie po zdarzeniu dziewczyna zadzwoniła do Konstantego i poprosiła o numer polisy ubezpieczeniowej — chciała uzyskać odszkodowanie za uszczerbek na zdrowiu.

— Byliśmy w szoku. Już nawet o tym nie myśleliśmy, byliśmy pewni, że sprawa zakończona — mówi Maria. — Ale podaliśmy jej numer polisy, bo głupio było odmówić. Skontaktowała się z ubezpieczycielem.

Konstanty otrzymał z towarzystwa ubezpieczeniowego formularz, w którym trzeba było podać dane uczestników zdarzenia i samochodu, a także dokładnie opisać sytuację i naszkicować jej przebieg.

— Wypełniliśmy wszystko, dołączyliśmy zdjęcia samochodu i wysłaliśmy mailowo. Ubezpieczyciel miał zbadać sprawę i odpowiedzieć, czy dziewczynie należy się odszkodowanie, czy nie — opowiada Maria.

Rozwiązał umowę i został z długiem

W tym samym czasie wygasała umowa najmu samochodu, którym jeździł Konstanty. Białorusin nie planował jej przedłużać — zgodnie z warunkami umowy, poinformował właściciela z miesięcznym wyprzedzeniem.

Przy rozwiązaniu umowy Konstanty liczył na zwrot kaucji w wysokości 420 złotych. Właściciel odmówił.

W umowie znalazło się kilka zapisów, które częściowo dotyczyły tej sytuacji. Po pierwsze, było tam napisane, że kaucja jest zwracana w przypadku braku uszkodzeń pojazdu (nie wspomniano, co się dzieje, gdy uszkodzenia nie powstały z winy najemcy). Po drugie, że jeśli szkody powstały z winy najemcy, to ma on również pokryć koszty naprawy.

Właściciel samochodu nie tylko odmówił zwrotu kaucji, ale też zażądał dodatkowej rekompensaty za uszkodzenia auta.

— Wytłumaczyliśmy, że mąż nie był winny. Na przejściu nie było znaku dla rowerzystów, a to znaczy, że rowerzysta albo osoba na hulajnodze nie może się tam poruszać [na pojeździe]. Powinni zejść i przeprowadzić pojazd przez jezdnię — mówi Maria.

W Ustawie Prawo o ruchu drogowym — w pkt. 11 art. 2 — zapisano, że przejście dla pieszych przeznaczone jest wyłącznie dla pieszych. Natomiast pkt. 3 art. 33a mówi, że rowerzystom i użytkownikom hulajnóg zabrania się wjeżdżać na jezdnię, chyba że znajduje się tam przejazd dla rowerów. W związku z tym, jeśli w pobliżu nie ma znaku „przejazd dla rowerów”, rowerzyści i osoby na hulajnogach mają obowiązek zejść z pojazdu i przeprowadzić go przez przejście jak pieszy.

Jednak ponieważ uczestnicy zdarzenia nie wezwali policji, nie było żadnego oficjalnego potwierdzenia niewinności Konstantego.

Właściciel auta oszacował szkody na 3 tysiące złotych. Konstanty nie zgodził się z tą wyceną. Ale potrzebował, żeby został podpisany protokół zdania pojazdu — inaczej umowa najmu przedłużyłaby się automatycznie i musiałby dalej opłacać wynajem.

Zaczęły się negocjacje. Ostatecznie uzgodnili kwotę 580 złotych. Konstanty przelał ją na konto właściciela i poprosił o zapis, że środki te wpłaca tymczasowo — do momentu oficjalnego ustalenia winy w zdarzeniu drogowym. Jeśli okaże się, że to on był winny, pieniądze zostają u właściciela. Jeśli nie — mają zostać zwrócone. Ostatecznie ustalili to ustnie.

„Tak szybkiej karmy w życiu nie widziałam”

Właściciel samochodu spotkał się po drodze z użytkowniczką hulajnogi. I wtedy na Konstantego i Marię czekała kolejna niespodzianka: dziewczyna postanowiła zażądać od Białorusina odszkodowania.

— Chciała gotówki. Najpierw 15 tysięcy złotych, potem zeszła do 9 tysięcy — opowiada Maria. — Byliśmy w szoku. Nie sądziliśmy, że coś takiego w ogóle jest możliwe.

Zdecydowali się nie płacić. Zamiast tego znaleźli prawnika i postanowili zgłosić sprawę na policję, aby oficjalnie ustalić winnego. Ale okazało się, że dziewczyna ich ubiegła — sama zgłosiła się na komisariat. Stamtąd zadzwoniono do Konstantego i zaproszono go na przesłuchanie.

Na spotkanie z policją Maria poszła razem z mężem — biegle mówi po polsku i występuje jako jego oficjalny pełnomocnik.

— Dokładnie opisaliśmy zdarzenie, pokazaliśmy zdjęcia auta. Nasze relacje i wersja dziewczyny się pokrywały. Policja potwierdziła, że winę ponosi kierująca hulajnogą. Powiedziano nam jednak, że oficjalna decyzja przyjdzie pocztą — wspomina Maria. — Pismo przyszło po około tygodniu. Męża uznano za poszkodowanego, a dziewczyna otrzymała mandat. Tak szybkiej karmy w życiu nie widziałam.

„Jesteśmy gotowi na ugodę”

Dokument z policji Maria przesłała do towarzystwa ubezpieczeniowego. Wysłali także do właściciela auta formalne wezwanie do zapłaty.

— W zasadzie to on powinien zamówić wycenę szkód u rzeczoznawcy, przygotować wezwanie do zapłaty i wysłać je dziewczynie — uważa Maria.

Po pewnym czasie właściciel sam skontaktował się z Konstantym i zaproponował zwrot całej sumy. Jak się okazało, otrzymał informację od ubezpieczyciela o niewinności kierowcy.

Uzgodnili, że pieniądze zostaną zwrócone w ciągu siedmiu dni.

— Jesteśmy otwarci na ugodę. Nawet jeśli poprosi o rozłożenie spłaty na raty — mówi Maria. — Z naszej strony zaproponowaliśmy pomoc w odzyskaniu pieniędzy od dziewczyny.