Zarabia 100 tysięcy rocznie, ale nie dostał karty rezydenta. Urząd uznał, że jego dochody są „niestabilne”
Żródło: Alicia Christin Gerald / Unsplash
Białorusinowi D. odmówiono karty rezydenta, ponieważ nie spełnił wymogu dotyczącego dochodu. Zarabia 100 tys. zł rocznie, podczas gdy prawo wymaga posiadania co najmniej 1 tys. zł miesięcznie. Portal Devby sprawdził, na czym polegał problem.
Zezwolenie na pobyt rezydenta długoterminowego UE to rodzaj zezwolenia na pobyt w Polsce, które wydaje się cudzoziemcowi na czas nieokreślony i które daje nieograniczony dostęp do rynku pracy.
Główne warunki uzyskania karty to: pięć lat legalnego i nieprzerwanego pobytu w Polsce oraz stabilny i regularny dochód. Co to oznacza:
- dochód wpływa co miesiąc;
- co najmniej 1010 zł dla osoby samotnej lub 823 zł na członka rodziny w 2025 roku;
- dochód jest legalny (pieniądze otrzymane w prezencie się nie liczą).
Z jakich powodów można otrzymać odmowę przyznania karty rezydenta długoterminowego UE:
- nie zostało spełnione wymaganie dotyczące pięcioletniego legalnego i nieprzerwanego pobytu na terytorium Polski;
- nie zostało spełnione wymaganie dotyczące stabilnego i regularnego dochodu w ciągu ostatnich trzech lat;
- brak ubezpieczenia zdrowotnego;
- brak certyfikatu znajomości języka polskiego na poziomie B1;
- wnioskodawca został uznany za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.
Skąd się wzięły „dziury” w dochodzie
D. pracuje poprzez inkubator przedsiębiorczości na podstawie umowy o dzieło już ponad pięć lat. Na początku 2025 roku złożył wniosek o kartę rezydenta UE.
— W urzędzie poproszono o wyciągi z mojego konta bankowego, żeby przeanalizować dochody z ostatnich trzech lat pod kątem ich „wystarczalności i stabilności” — opowiada. — Z tym pojawił się problem: chociaż mój roczny dochód według deklaracji PIT wynosi około 100 tysięcy złotych, te pieniądze wpływają na moje osobiste konto nieregularnie, dlatego w ciągu trzech lat uzbierało się sześć miesięcy (cztery razy po jednym miesiącu i jeden raz dwa miesiące z rzędu), kiedy nie było żadnych wpływów. Choć w sąsiednich miesiącach otrzymywałem kwoty wystarczające na dwa miesiące. Na przykład w styczniu — 6000 zł, w lutym — nic, w marcu — 9000 zł. W rezultacie zadzwoniła do mnie inspektorka i powiedziała, że z powodu tych przerw nie może uznać moich dochodów za wystarczające i stabilne, chociaż — powtarzam — według deklaracji wychodzi około 100 tysięcy złotych rocznie.
Inspektorka zaproponowała, żebym przyszedł i zabrał wniosek, nie czekając na negatywną decyzję. Ale D. postanowił tego nie robić — poczekać na odmowę i złożyć odwołanie (pomogła je napisać uczestniczka czatu, na którym opisał swój problem).
W odwołaniu powoływał się na specyfikę umowy o dzieło, która opiera się na osiągnięciu rezultatu, a nie na samym procesie pracy. Twierdził, że w ramach takiej umowy wynagrodzenie jest wypłacane po wykonaniu pracy, dlatego ważne jest całkowite wynagrodzenie za cały okres obowiązywania umowy, a nie częstotliwość wypłat.
„Poza tym w tych okresach nie byłem obciążeniem dla systemu pomocy społecznej, nie miałem prawa do zasiłków socjalnych i pracowałem na podstawie umowy o dzieło. Na moim koncie był dodatni stan środków, w wysokości w pełni pokrywającej moje wydatki na życie, znacznie przekraczającej minimalną wymaganą kwotę” — napisano również w odwołaniu.
„Złożyłem odwołanie, ale odrzucono mnie z powodów formalnych”
Nie. Odwołania nawet nie przyjęto.
— Urząd wydał negatywną decyzję i wysłał ją pocztą, ale otrzymałem list z opóźnieniem, przez co termin złożenia odwołania został przekroczony — mówi D. — Cały czas zasypywałem ich mailami: czy wysłaliście decyzję? Kiedy w końcu odpowiedzieli, że tak, poprosiłem o numer przesyłki, ale go nie podali. Czekałem więc miesiąc, listu nie było, napisałem ponownie — wtedy dopiero dostałem numer śledzenia. Okazało się, że przesyłka już „przeterminowała się”: podobno dwa razy próbowano ją doręczyć, ale bez skutku. Złożyłem odwołanie, lecz odrzucono mnie z powodów formalnych — uznano, że skoro poczta dwukrotnie próbowała doręczyć list, to uznaje się go za doręczony, a 14 dni na odwołanie już minęło. Do dziś nie wiem, czy to pech z pocztą, czy może oni specjalnie wysyłają pisma w taki sposób, że nie docierają.
Co dalej
W przypadku D. sytuacja jest nieprzyjemna, ale nie dramatyczna.
— Mam jeszcze dość świeży czasowy pobyt — po prostu na wiosnę złożę nowy wniosek o rezydenta. Dochody analizuje się za ostatnie trzy lata, teraz dokładnie pilnuję, żeby wpływy były ciągłe, więc stare „dziury” się zapełniają, a nowe już się nie pojawiają — mówi.