„Witamy w ojczyźnie”. Wrócił na Białoruś po latach i trafił do aresztu za lajka Cichanouskiej
Fot: Gilles Lambert / Unsplash.com
Obywatel Białorusi mieszkający w Izraelu przyjechał do ojczyzny, by odwiedzić rodzinę. Zamiast spokojnego urlopu — przesłuchanie, areszt i zarzuty. Na granicy służby przejrzały jego telefon i poinformowały, że znaleziono u niego polubienie posta Swiatłany Cichanouskiej z 2020 roku. Mężczyzna został zatrzymany i przewieziony do aresztu tymczasowego. Jednak przed samym procesem okazało się, że „lajk” został rzekomo dodany… dopiero w dniu jego powrotu na Białoruś. O swoich przeżyciach mężczyzna opowiedział na platformie Threads.
Jak relacjonuje, nie był na Białorusi przez kilka lat, ale przed wyjazdem nie miał żadnych problemów ze strony służb.
Na Białoruś wracał przez Polskę, wjeżdżał przez przejście graniczne „Brześć”. Tam pograniczniczka po dokładnym przejrzeniu paszportu uprzedziła, że zostanie wezwany „na dodatkowe pytania”.
— Czekałem może 15–20 minut. Gdy wszedłem do pokoju przesłuchań, pogranicznik od razu poprosił o telefon. Po dwóch minutach grzebania w telefonie powiedział, że znalazł lajka pod postem Swiatłany Cichanouskiej z 2020 roku. Gdy zapytałem, dlaczego to ma być problemem, skoro kanał uznano za ekstremistyczny dopiero w 2023 roku (a przecież prawo w Białorusi teoretycznie nie działa wstecz), odpowiedziano mi, że „tym zajmie się milicja” — napisał mężczyzna (cytat zredagowany dla przejrzystości).
Na funkcjonariuszy „w mundurach” czekał około czterech godzin. W końcu usłyszał, że jest zatrzymany — i wtedy za jego plecami zatrzasnęły się kajdanki.
W komisariacie spotkał innego „szczególnie niebezpiecznego przestępcę”, a niedługo potem przywieziono kolejnego „ekstremistę”.
— Po przyjeździe do aresztu osadzono nas w celi z dwoma miejscowymi. To oni właśnie opowiedzieli nam, że „politycznych” przywożą z granicy codziennie, i że aresztu dosłownie nigdy nie stoi pusty. Dla porządku — wszyscy byliśmy cały dzień w drodze, kolejny dzień spędziliśmy w komisariacie bez jedzenia. Kiedy zapytaliśmy, czy możemy dostać choćby kolację, usłyszeliśmy, że „już wszystko wydane”. W celi nie wolno się położyć, oprzeć o ścianę czy stół. Albo stoisz, albo siedzisz — ale bez opierania się — opisał mężczyzna.
„Zapytali, po co w ogóle przyszedłem”
Warunki zatrzymania były standardowe jak dla „politycznych”.
— W aresztu są dwie cele przeznaczone dla politycznych (z ośmiu ogółem): jedna dla chłopaków, druga dla dziewczyn — logiczne. W tych celach nie wolno przyjmować paczek, nie ma materacy, nie ma szachów ani domina (które są w zwykłych celach), „polityczni” nie mogą też chodzić do pracy. Zwykłych zatrzymanych się wyprowadza, by zarobili na swoje „dobowe” (czyli by sami pokryli koszty swojego pobytu — przyp. red. MOST), kupili papierosy itd. Przynajmniej czas szybciej leci. A „politycznym” nawet nie wolno dostać całego papieru toaletowego — rozdawali po trochu. Generalnie nic ci nie wolno, bo jesteś NIKIM — relacjonuje mężczyzna.
Po dwóch dniach został wypuszczony, a termin rozprawy wyznaczono na za 10 dni. Tłumaczył, że przyleciał tylko na krótki urlop i nie planował zostawać w kraju tak długo. Wtedy termin przyspieszono — sprawa miała się odbyć „pojutrze”.
— Kiedy przyszedłem na rozprawę, pierwsze pytanie brzmiało: „A po co pan w ogóle przyszedł?”. Od wejścia na salę sądową do wyjścia minęło dokładnie siedem minut. Dostałem grzywnę w wysokości 12 stawek bazowych, bez konfiskaty telefonu (lajk był kliknięty ze starego aparatu), plus jedną stawkę za dwa dni spędzone w IVS.
Podczas rozprawy okazało się też, że wspomniany „lajk” został rzekomo dodany w dniu jego przekroczenia granicy. Autor posta skomentował to dwoma emotkami klaunów.
„Witamy w ojczyźnie”
Mimo przyspieszenia sprawy, mężczyzna musiał pozostać na Białorusi jeszcze 10 dni — czekał na uprawomocnienie się wyroku, żeby móc odzyskać telefon. W rezultacie, zamiast tygodnia z rodziną, spędził w kraju 20 dni. Powrotu na Białoruś nie planuje.
— Zapamiętałem jeszcze jedno: słowa pograniczników, którzy mnie zatrzymywali, i milicjantów, którzy wypuszczali z aresztu. Mówili: „Witamy w ojczyźnie” — pisze z ironią.