Zmarła białoruska studentka w Łodzi. Straciła przytomność podczas zajęć

Zmarła białoruska studentka w Łodzi. Straciła przytomność podczas zajęć

Zdjęcie ma charakter ilustracyjny. Źródło: Camilo Jimenez / Unsplash

MOST
MOST

10 kwietnia 2026, 11:14

Annie było 26 lat. 23 marca odpowiadała na zajęciach z matematyki w centrum kształcenia przy Uniwersytecie Łódzkim, gdy nagle poczuła się źle, upadła i zaczęła sinieć. Wezwano pogotowie, a ratownikom udało się przywrócić akcję serca. W szpitalu okazało się jednak, że doszło do śmierci mózgu. Na początku kwietnia lekarze podjęli decyzję o odłączeniu Anny od aparatury podtrzymującej życie. MOST rozmawiał ze studentami, którzy znali Białorusinkę.

Przez kilka lat Anna mieszkała i pracowała w Gruzji, a jesienią 2025 roku przeprowadziła się do Polski. Tutaj rozpoczęła 9-miesięczny kurs języka polskiego w Centrum Języka Polskiego dla Cudzoziemców przy Uniwersytecie Łódzkim. W kolejnym roku akademickim planowała studiować reżyserię dźwięku. Jej plany przerwało nagłe zdarzenie — 23 marca podczas zajęć straciła przytomność.

Jak opowiada Wiktoria (imię zmienione), studentka z tej samej grupy, której nie było wtedy w sali, Anna odpowiadała na zajęciach, ale nagle przeprosiła i upadła, uderzając twarzą o ławkę. Nie oddychała i zaczęła sinieć. Najprawdopodobniej doszło do zatrzymania krążenia. Możliwe też, że wystąpiły drgawki — współstudenci mówili, że jej ciało jakby sztywniało i trudno było ułożyć ją na plecach.

— Nie wiem dokładnie, co się działo. Z relacji różnych osób wynika, że w pewnym momencie pracowniczka Centrum zaczęła reanimować Anię. W końcu przyjechało pogotowie, ale kto i jak szybko je wezwał — tego nie wiem — mówi Wiktoria.

Annę udało się reanimować i trafiła do szpitala. Jak ustalił MOST w jej bliskim otoczeniu, na początku kwietnia, po przeprowadzeniu badań, lekarze podjęli decyzję o odłączeniu jej od aparatury podtrzymującej życie. Białorusinka zmarła.

8 kwietnia w Łodzi pożegnali ją bliscy, przyjaciele i współstudenci. Ciało dziewczyny zostało przewiezione na Białoruś, gdzie zostanie pochowana przez rodziców.

Jak dowiedział się MOST, przyjaciele Anny próbują ustalić, czy pogotowie zostało wezwane na czas i czy pierwsza pomoc została udzielona prawidłowo.

Pobiegła do szpitala, ale kazano wezwać pogotowie

Elena (imię zmienione) również uczy się w tym samym Centrum. Słyszała, że jedna ze studentek, widząc, że Anna straciła przytomność, w stresie pobiegła do szpitala — najbliższa placówka znajduje się naprzeciwko budynku. W takich sytuacjach należy jednak wezwać pogotowie, ponieważ lekarze w szpitalu zajmują się swoimi pacjentami.

Z informacji jednego z czytelników MOST, znającego sytuację, wynika, że jeden ze studentów pobiegł tego dnia do portiera, aby wezwać pogotowie.

Elena widziała, jak 23 marca pogotowie kogoś zabierało.

— Wyszłam po zajęciach — przed wejściem stała karetka, ale bez włączonych sygnałów. Po kilku minutach przechodziłam przez duże skrzyżowanie i wtedy włączyły się syreny. Zobaczyłam, że karetka próbuje wjechać na drogę, ale ruch był bardzo duży, zwłaszcza w godzinach szczytu, i utworzył się korek na światłach. Kierowca bardzo intensywnie trąbił, dźwięk był ogłuszający. Samochody z trudem się rozstąpiły — wspomina Białorusinka. — Pomyślałam wtedy: „Co za absurd — szpital i SOR są tuż obok, a traci się cenny czas”.

Elena nie znała dobrze Anny — spotykały się w centrum i rozmawiały o codziennych sprawach.

— Sprawiała wrażenie skromnej, cichej dziewczyny. Mówiła po białorusku i bardzo ciekawie się ubierała — wspomina.

Rodzice starali się o wizy, ale nie zdążyli ich wykorzystać

Współstudenci i opiekun grupy odwiedzali szpital, próbując dowiedzieć się czegokolwiek o jej stanie. Lekarze odnosili się ze zrozumieniem, ale ze względu na tajemnicę lekarską nie mogli przekazywać informacji osobom postronnym.

Anna miała w Polsce rodzinę — siostrę i ciotkę. Ciotka przyjechała do Łodzi i przez pewien czas była przy niej.

W szpitalu pracuje lekarz mówiący po rosyjsku — pozostawał w stałym kontakcie z rodzicami dziewczyny, którzy przebywali na Białorusi.

— Rodzice Ani nie zdążyli przyjechać. Udało im się wyrobić wizy w trybie przyspieszonym, ale niestety nie zdążyli ich wykorzystać — mówi ze łzami w oczach Wiktoria.

Podobne artykuły