„To było jakby zakazane”. Jak Białorusini szukają i odnajdują krewnych w Polsce
Zdjęcie ma charakter ilustracyjny. Źródło: Alena Darmel / Pexels.com (fragment)
Swietłana odnalazła krewnych przez Facebooka — i od tego czasu spędzają razem Boże Narodzenie. Z kolei do Jana odezwała się krewna: rozpoznała na archiwalnym zdjęciu, które opublikował Białorusin, swojego pradziadka. Aleksandr miał mniej szczęścia — znalazł już tylko grób osoby, o której wiedział. MOST zebrał historie Białorusinów, którzy po przeprowadzce do Polski odtworzyli dawne więzi rodzinne.
„Nikt specjalnie nie mówił, że krewni mieszkają w Polsce”
Swietłana o swoich krewnych w Polsce wiedziała od dziecka. Jej dziadek Aleksiej był Polakiem i miał trzech braci. Po wojnie dziadek został na Białorusi, najstarszy brat zamieszkał w Polsce, a pozostali rozjechali się — jeden do Litwy, drugi do Anglii. Jak i kiedy tam trafili, Swietłana nie wie. Nigdy ich nie widziała, tylko o nich słyszała. O takich powiązaniach rodzinnych w tamtym czasie raczej się nie mówiło.
— To było jakby zakazane. Nikt specjalnie nie mówił, że krewni mieszkają w Polsce — wspomina.
Relacje jednak się utrzymały: ojciec Swietłany jeździł do rodziny w Warszawie, przywoził zdjęcia, a potem opowiadał o spotkaniach.
W 2020 roku Swietłana przeprowadziła się do Polski i postanowiła odnaleźć rodzinę. Miała adres, ale nie była pewna, czy bliscy nadal tam mieszkają. Zwróciła się więc o pomoc do kuzyna — razem znaleźli ich przez Facebooka.
— Znalazłam ciocię i wujka, a potem zdecydowałam się zadzwonić. Powiedziałam, kim jestem. Bardzo się ucieszyli, bo wiedzieli o mnie, ale nigdy się nie widzieliśmy.
Z rodziną spotkała się w Warszawie w 2022 roku. Jak wspomina, pierwsze spotkanie było ciepłe i długie. Teraz utrzymują kontakt: rozmawiają przez telefon, czasem się spotykają, a święta spędzają razem.
— Co roku zapraszają mnie na katolickie Boże Narodzenie. Latem też się spotykamy, czasem gdzieś razem wyjeżdżamy.
Opublikował zdjęcie w mediach społecznościowych — kobieta rozpoznała na nim swojego pradziadka
Jan sam nie szukał krewnych — to oni znaleźli jego pierwsi. Wszystko zaczęło się od wiadomości na Facebooku od nieznajomej kobiety. Rozpoznała na zdjęciu, które Jan opublikował w mediach społecznościowych, swojego pradziadka. W ten sposób okazało się, że ich rodziny łączą się przez linię prababki.
Okazało się, że ta część rodziny od dawna zajmuje się tworzeniem drzewa genealogicznego: zbiera dokumenty, bada archiwa i stopniowo odtwarza historię rodu. Docierając do XVIII wieku, zaczęli szukać krewnych w bocznych liniach — tak trafili na Jana.
W rodzinnej historii pojawił się też jeszcze jeden zbieg okoliczności: jeden z braci prababki Jana był księdzem i pojawiał się w publikacjach o białoruskim ruchu. W jednej z takich publikacji wspomniano także Jana — i właśnie tak rodzinie udało się go odnaleźć.
Po pierwszej wiadomości zaczęły pojawiać się kolejne kontakty. Najpierw napisał daleki wujek z Warszawy, potem ciocia z Olsztyna.
— Tak wszyscy się poznaliśmy.
Znajomość dość szybko przeniosła się do spotkań na żywo. Najpierw Jana zaproszono do Białegostoku, a potem na duży rodzinny zjazd w Olsztynie, gdzie przyjechali krewni z różnych miast.
Jak mówi, takie spotkania nie są w tej rodzinie rzadkością — już wcześniej organizowano duże zjazdy, nawet na około 60 osób.
Na jedno ze spotkań Jan przywiózł rodzinną pamiątkę — stary plan łąki przeznaczonej na sianokos, który kiedyś należał do brata jego prapradziadka. Dokument zachował się w jego rodzinie, choć sam Jan nie wie, jak dokładnie do nich trafił.
— To było jak prawdziwe rodzinne święto.
„Postanowiłem się nie narzucać”
Aleksandr wiedział, że ma krewnych w Polsce, i postanowił spróbować ich odnaleźć. W dzieciństwie spotkał nawet jednego z nich — przyjeżdżał do Białorusi, ale potem kontakt się urwał.
Już w Polsce mężczyzna zaczął szukać w internecie: wpisywał nazwisko, sprawdzał różne warianty, aż natrafił na wzmiankę o osobie, którą pamiętał z dzieciństwa.
— Trafiłem na stronę z cmentarzami i znalazłem jego nagrobek. Okazało się, że zmarł kilka lat temu.
Po tym Aleksandr na jakiś czas przerwał poszukiwania — nie miał kontaktów do innych krewnych. Po pewnym czasie wrócił jednak do pomysłu, by ich odnaleźć — tym razem przez Facebooka. Wśród osób o tym samym nazwisku znalazł profil człowieka mieszkającego w tym samym mieście co zmarły krewny.
— Napisałem do niego, zapytałem, czy nie jesteśmy spokrewnieni. Odpisał, że tak.
Okazało się, że to syn tego mężczyzny — w praktyce jego kuzyn w dalszej linii. Na tym jednak kontakt się zakończył.
— Nie poczułem żadnego zainteresowania. Postanowiłem się nie narzucać.
Jak mówi Aleksandr, szukał krewnych raczej z ciekawości swoich korzeni — chciał lepiej poznać historię rodziny. Na razie próba nie przerodziła się w bliższe relacje, ale nie wyklucza, że spróbuje jeszcze raz.