Między dwoma systemami. W białoruskich dokumentach mężczyzna, w polskich — kobieta
Tim Walter. Fot. z jego archiwum
W białoruskich dokumentach w rubryce „płeć” widnieje wpis „męska”. W polskich — „żeńska”. Chodzi o tę samą osobę: 29-letniego transpłciowego mężczyznę Tima Waltera. Swoją „tranzycję” zaczynał na Białorusi i kontynuował w Polsce, ale to właśnie w ojczyźnie udało mu się zmienić oznaczenie płci w paszporcie. O trudnej drodze i próbach zrozumienia samego siebie Tim opowiedział MOST.
Jeden lekarz na całą Białoruś
Tim urodził się w Mozyrzu, później przeprowadził się do Mińska, gdzie studiował i mieszkał przez około osiem lat. Do Polski przyjechał latem 2018 roku i od tego czasu żyje w Warszawie.
Datę przeprowadzki pamięta dokładnie — 31 lipca. Dzień wcześniej odbył pierwszą konsultację u seksuologa na Białorusi. Jak mówi Tim, był to jedyny specjalista w kraju, który oficjalnie pracował z osobami transpłciowymi. To spotkanie poprzedziła długa droga.
Pierwsze próby zrozumienia siebie Tim podejmował jeszcze w wieku nastoletnim. Po raz pierwszy usłyszał rozmowy o seksualności i tożsamości płciowej podczas letniego obozu w Berdiańsku. Wspomina, że właśnie wtedy zrozumiał, iż jego odczucia nie są czymś wyjątkowym ani odosobnionym. Później przyszły książki, rozmowy z partnerami i długie próby znalezienia słów, by opisać to, co czuje.

„Nie czuję się dziewczyną, jestem chłopakiem”
Na Białorusi procedura zmiany płci zaczyna się od wizyty u specjalisty oraz przejścia komisji medycznej. Najpierw pacjent zmienia dokumenty — bez tego nie ma możliwości rozpoczęcia terapii hormonalnej ani podjęcia innych kroków medycznych.
Już podczas pierwszej konsultacji Tim jasno określił, po co przyszedł.
— Po prostu powiedziałem: „Nie czuję się dziewczyną, jestem chłopakiem. I chcę zmienić dokumenty” — wspomina.
Po tym lekarz postawił diagnozę F64.0 — medyczny kod transseksualizmu, który stanowi podstawę do uruchomienia procedury. Tim otrzymał skierowania do kolejnych specjalistów, których musiał odwiedzić: ginekologa, urologa, psychiatry i endokrynologa. Osobnym etapem była obserwacja w szpitalu psychiatrycznym. To doświadczenie okazało się jednak spokojniejsze, niż się spodziewał.
— Nikt nie próbował mnie „łamać” ani przekonywać. Po prostu leżysz, jesteś obserwowany. Jeśli wszystko jest w porządku, dostajesz dokument i idziesz dalej — mówi.
Wszystkie te etapy Tim przechodził już po przeprowadzce do Polski. Aby nie przerywać procesu, musiał regularnie wracać na Białoruś — mniej więcej raz na trzy miesiące. Podczas jednej wizyty starał się zaliczyć konsultacje u kilku lekarzy naraz.
Po zakończeniu wszystkich wymaganych etapów odbyło się posiedzenie komisji. Na podstawie jej decyzji Tim mógł zmienić dane w akcie urodzenia i wyrobić nowy białoruski paszport. W tym dokumencie figurował już jako mężczyzna.
Dlaczego w polskich dokumentach Tim jest kobietą
Polski system nie przewiduje automatycznego uznania zmiany płci przeprowadzonej w innym kraju. W przeciwieństwie do Białorusi procedura wygląda tu inaczej: najpierw pacjent rozpoczyna terapię hormonalną, a dopiero później zmienia imię i oznaczenie płci w dokumentach. W większości przypadków wymaga to orzeczenia sądu.
Przyjeżdżając do Polski jako kobieta, Tim zalegalizował pobyt na podstawie wcześniejszych białoruskich dokumentów — innych po prostu wtedy nie miał. Później, gdy na Białorusi otrzymał paszport z oznaczeniem płci męskiej, postanowił przejść odpowiednią procedurę także w Polsce. Próbował wyjaśnić polskim urzędom, że na Białorusi zmiana płci odbywa się bez udziału sądu oraz że posiada wymagane dokumenty medyczne i zaświadczenie z urzędu stanu cywilnego o zmianach w akcie urodzenia. To jednak okazało się niewystarczające.
— Polacy mi odmówili. Usłyszałem: „Potrzebujemy dokumentu sądowego”.
Tim takiego dokumentu nie ma. W efekcie powstała przerwa w procedurze.

„Nie mogłem już po prostu siedzieć i czekać”
Gdy nadszedł moment rozpoczęcia terapii hormonalnej, Tim nie był jeszcze obywatelem Polski. Oznaczało to, że większość świadczeń medycznych — konsultacje lekarskie, badania i leki — musiał opłacać z własnej kieszeni. Okazało się to zbyt kosztowne.
— Nie mogłem już po prostu siedzieć i czekać. Musiałem zacząć, bo inaczej po prostu bym zwariował — mówi.
W rozpoczęciu terapii pomogła Timowi międzynarodowa organizacja wspierająca osoby transpłciowe z krajów postsowieckich. Dzięki niej mógł skontaktować się z endokrynologiem i otrzymać pierwsze zalecenia.
Pierwszy zastrzyk testosteronu Tim otrzymał 31 sierpnia 2020 roku. Od tego momentu pozostaje już pod opieką lekarzy w Polsce — regularnie wykonuje badania i koryguje terapię.
„Nikt szczególnie nie mówi, że można przestać brać hormony”
Tim przyjmował testosteron przez około pięć lat. Z czasem zaczął zauważać negatywne skutki, przede wszystkim silne wypadanie włosów oraz emocjonalne zobojętnienie. Przez blisko dwa lata obserwował swój stan i ostatecznie podjął decyzję o zakończeniu terapii.
— Nikt szczególnie nie mówi, że hormony można odstawić. Wszyscy są przyzwyczajeni do myślenia, że jeśli się zacznie, to już na zawsze — mówi Tim.
Kolejnym czynnikiem był koszt terapii. Najtańszy wariant testosteronu kosztował około 120 złotych na dwa i pół miesiąca, droższe — nawet do 600 złotych na trzy miesiące. Do tego dochodziły wydatki na badania — na przykład USG kosztowało około 100–150 złotych i trzeba było wykonywać je co kilka miesięcy.
„Sam bym tego nie udźwignął”
Z zabiegów chirurgicznych Tim zdecydował się jedynie na operację usunięcia piersi — mastektomię. Można ją było przeprowadzić w ramach publicznego systemu ochrony zdrowia, ale dopiero po zmianie polskich dokumentów na drodze sądowej. To wydało się Timowi zbyt skomplikowane, dlatego postanowił opłacić zabieg prywatnie. Główną część kosztów — około 14 tys. złotych — udało się zebrać dzięki wsparciu przyjaciół, znajomych oraz osób z queerowej społeczności.
— To było możliwe tylko dlatego, że miałem wokół siebie ludzi. Sam bym tego nie udźwignął — mówi.
Operacja odbywała się w dwóch etapach. Po pierwszym zabiegu konieczna była korekta, na którą zbierano środki osobno — kolejne około 8 tys. złotych.
Innych operacji Tim nie przeszedł i nie planuje.
— Nie muszę dalej ingerować w swoje ciało. Z tym jest mi w porządku — wyjaśnia.

„Na pewno? Na sto procent? Jesteś pewien?”
Reakcja rodziców na decyzję Tima nie była gwałtowna, ale on sam nie nazywa jej wsparciem. Jak mówi, nie doszło do otwartego konfliktu, jednak pojawiło się wiele wątpliwości i pytań. Mama — wspomina Tim — wielokrotnie dopytywała, czy na pewno jest przekonany do swojej decyzji.
— Cały czas to samo: „Na pewno? Na sto procent? Jesteś pewien?” — opisuje.
Z kolegami z pracy jeszcze w Mińsku, przed rozpoczęciem terapii hormonalnej, dochodziło do konfliktów i napiętych sytuacji. To właśnie one stały się jedną z przyczyn wyjazdu z Białorusi.
Po rozpoczęciu terapii hormonalnej — jak mówi Tim — relacje z ludźmi stały się prostsze. Większość znajomych z czasem przyzwyczaiła się do jego nowej tożsamości.
— Ludziom czasem po prostu potrzeba czasu — mówi Tim.