„Ludzie wstydzą się wezwać pogotowie”. Jak Białorusinka pracuje jako lekarka dyżurna w Polsce

„Ludzie wstydzą się wezwać pogotowie”. Jak Białorusinka pracuje jako lekarka dyżurna w Polsce

Zdjęcie ma charakter ilustracyjny. Źródło: Pexels.com

MOST
MOST

9 czerwca 2026, 08:37

Julia pracuje jako lekarka w Polsce, w placówce świadczącej nocną i świąteczną opiekę zdrowotną (NPL). Trafiają do niej pacjenci wtedy, gdy zwykłe przychodnie są już zamknięte, a — przynajmniej ich zdaniem — nie ma powodu, by wzywać pogotowie. Białorusinka opowiedziała MOST, dlaczego pacjenci w Polsce wstydzą się dzwonić po karetkę, z jakiego powodu potrafią zrobić awanturę i jak wyglądają wyjazdy do stwierdzenia zgonu.

Julia ma 41 lat. W Białorusi w 2012 roku ukończyła uniwersytet medyczny ze specjalizacją położniczo-ginekologiczną i pracowała w zawodzie do 2019 roku, z przerwami na urlopy macierzyńskie. Potem złożyła wypowiedzenie, uznając, że „stres i wynagrodzenie nie są ze sobą współmierne”. Całkowicie nie zerwała jednak z medycyną: pracowała jako copywriterka, pisząc na zamówienie teksty medyczne.

Na początku 2021 roku Julia wraz z mężem zaczęli planować przeprowadzkę do Polski. Rodzina wyemigrowała w listopadzie tego samego roku.

— Postanowiliśmy wyjechać, nie czekając, aż ktoś po nas przyjdzie — mówi Białorusinka.

„Pensja wzrosła prawie czterokrotnie”

W styczniu 2022 roku Julia otrzymała tymczasową zgodę Ministerstwa Zdrowia na wykonywanie zawodu lekarza w Polsce, a w maju podjęła pracę w szpitalu na stanowisku asystentki medycznej. Latem za pierwszym podejściem zdała egzamin z medycznego języka polskiego. We wrześniu tego samego roku otrzymała z izby lekarskiej pięcioletnie prawo wykonywania zawodu lekarza ginekologa-położnika.

— Pensja z minimalnej wzrosła praktycznie czterokrotnie. Zaczęliśmy [z rodziną] czuć się swobodniej — opowiada Białorusinka.

Julia przepracowała w szpitalu trzy lata. W tym czasie zdążyła nostryfikować białoruski dyplom i zamienić czasową zgodę na pracę na bezterminowe prawo wykonywania zawodu.

Z czasem dyżurów w szpitalu było jednak mniej, dochody spadły i Białorusinka zaczęła szukać dodatkowej pracy. Na jej ogłoszenie na Facebooku odpowiedziano propozycją pracy w NPL. Początkowo podeszła do tego sceptycznie, ale postanowiła spróbować. Z czasem ta praca spodobała jej się na tyle, że zdecydowała się nie przedłużać umowy ze szpitalem i pracować wyłącznie w dyżurowej placówce ochrony zdrowia. Mówi, że zyskała więcej wolności i samodzielności w podejmowaniu decyzji klinicznych, a jej wynagrodzenie wzrosło prawie dwukrotnie.

„Mój lekarz chyba nie do końca dobrze mnie leczy”

NPL działa w godzinach, gdy zwykłe przychodnie są już zamknięte. Dyżury odbywają się od 18:00 do 8:00, a także całodobowo w weekendy i święta. Placówka jest przeznaczona dla pacjentów, którzy wymagają badania lekarskiego i nie mogą czekać do otwarcia zwykłej przychodni, ale ich stan nie zagraża życiu. Może to być nagły ból, zaostrzenie choroby przewlekłej i podobne sytuacje.

Z obserwacji Julii wynika jednak, że nie wszyscy to rozumieją. Dość często przychodzą pacjenci z bólem gardła albo wysoką temperaturą, której nawet nie próbowali samodzielnie obniżyć.

— Zdarzają się też pacjenci, którzy leczą choroby żołądka, jelit albo wątroby u swojego lekarza, ale przychodzą i mówią: „Mój lekarz chyba nie do końca dobrze mnie leczy” — opowiada Julia. — Trzeba tłumaczyć, że nie prowadzimy leczenia chorób przewlekłych, możemy jedynie podać leki, [żeby złagodzić stan pacjenta].

Jak zaznacza lekarka, wybór leków jest zwykle ograniczony do preparatów na ciśnienie, leków przeciwalergicznych i przeciwbólowych w zastrzykach. W NPL mierzy się także ciśnienie, wykonuje EKG i podobne podstawowe badania.

Czasem do NPL zgłaszają się imigranci, którzy nie są zapisani do przychodni i nie mają lekarza rodzinnego. W takich sytuacjach Julia stara się wyjaśnić, jak wybrać placówkę medyczną i umówić wizytę.

— Niektórzy [z nich] myślą, że w NPL można łatwo zrobić USG albo RTG — opowiada rozmówczyni. — Ale my nie jesteśmy SOR-em.

„Wstydzą się wezwać pogotowie”

W pracy lekarki NPL zdarzają się też sytuacje, gdy pacjenci nie doceniają powagi swojego stanu.

— Czasem przychodzą ludzie, którzy wstydzą się wezwać pogotowie, bo uważają, że ich problemy nie są ważne — mówi Julia. — Przychodzą z bólem w klatce piersiowej, robimy EKG i okazuje się, że to zawał. Albo ktoś przychodzi i mówi, że od kilku dni opada mu część twarzy, zmieniła się mowa i coś dzieje się z nogą — a to udar. Oczywiście w takich sytuacjach wzywamy karetkę i pogotowie zabiera pacjenta nie na SOR, lecz na oddział kardiologiczny albo neurologiczny.

„Skończyło się hasłem: Polska dla Polaków”

Julia pracuje w NPL od ponad roku. W tym czasie trzy razy znalazła się w sytuacji, gdy pacjenci negatywnie zareagowali na jej narodowość.

Pewnego razu na wizytę przyszła starsza kobieta z wnuczką. W systemie Julia zauważyła, że dzień wcześniej pacjentka była u lekarza rodzinnego, który podał jej zastrzyk z lekiem przeciwhistaminowym i wystawił e-receptę na leki. Kobieta nie wykupiła ich jednak w aptece. Pacjentka poprosiła o powtórzenie zastrzyku, ale Julia odmówiła i skierowała ją do apteki dyżurnej po zalecone preparaty.

— Zaczęła się awantura i oskarżenia: „To u was tam na Wschodzie tak leczą” — wspomina rozmówczyni.

Innym razem Julia pojechała na wizytę domową do pacjenta leżącego. Gdy wróciła po 40 minutach, nie mogła przyjąć pacjentki, która przez cały ten czas czekała z mężem. Białorusinka nie miała dostępu do systemu rejestracji pacjentów, a pielęgniarka odpowiedzialna za rejestrację wyjechała na wymianę cewnika.

— Zebrałam krótki wywiad, żeby zrozumieć, na ile ostra jest sytuacja kobiety. Miała po prostu temperaturę. Poprosiłam, żeby poczekali, aż wróci pielęgniarka, ale [ze strony jej męża] zaczęły się pretensje: „Dlaczego pani tutaj nie pracuje? Nikogo pani nie może przyjąć”. Potem były pytania o to, czy składałam przysięgę Hipokratesa. A skończyło się hasłem: „Polska dla Polaków” — relacjonuje Białorusinka.

Pacjentka z mężem wyszli, ale Julia postanowiła nie zostawiać tej sytuacji bez reakcji. Przygotowała notatkę służbową, w której opisała zdarzenie, i przekazała ją administracji. Sprawa nie miała jednak dalszego ciągu, ponieważ dane pacjentki nie zostały zarejestrowane w systemie.

— Nie wszyscy wiedzą, że lekarz podczas wykonywania obowiązków służbowych jest funkcjonariuszem publicznym, dlatego wszelkie zniewagi wobec lekarza mogą mieć takie same konsekwencje jak znieważenie sędziego czy policjanta — podkreśla Julia.

„Tego smrodu nie da się opisać”

Do obowiązków Julii należą także wyjazdy do stwierdzenia zgonu i wystawiania karty zgonu. Zazwyczaj takie wezwania dotyczą sytuacji, w których śmierć nie ma charakteru kryminalnego. Lekarkę wzywano na przykład do domów opieki.

— Domy opieki w Polsce są płatne. Z tego, co wiem, kosztują rodziny około 10 tys. zł miesięcznie. Ja, będąc staruszką, na przykład z demencją, chciałabym tam być, a nie obciążać swojej rodziny i dzieci. Jest tam personel medyczny, który karmi, myje, zmienia pampersy, pilnuje regularnego przyjmowania leków — dzieli się swoimi wrażeniami Białorusinka.

Jednym z niedawnych wyjazdów do stwierdzenia zgonu Julia była szczególnie poruszona. Chodziło o mężczyznę, który zmarł na tle alkoholizmu. Lekarka przyjechała do domu, w którym mieszkała rodzina z małym dzieckiem.

— Kiedy weszłam, byłam w ogromnym szoku. Nigdy nie widziałam tyle brudu. Nigdy nie widziałam, żeby na stole jednocześnie stały świeżo przygotowane jedzenie, śmieci i brudne talerze. Kosze na śmieci były porozstawiane po całym mieszkaniu. Tego smrodu nie da się opisać.

Julia poprosiła, żeby znaleziono miejsce, gdzie mogłaby usiąść i wypełnić dokumenty. Wtedy śmieci ze stołu pośpiesznie przesunięto w róg, żeby zrobić trochę miejsca. Lekarka nie była jednak w stanie tam zostać i dokończyła formalności w policyjnym busie.

Podobne artykuły