Białorusinom w Warszawie spłonęło wynajmowane mieszkanie i niemal cały dobytek. Uratowali tylko koty
Pożar przy ul. Elektoralnej. Zdjęcie: archiwum bohaterki
Białorusini zebrali ponad 75 tys. zł dla pary, która straciła niemal wszystko w pożarze mieszkania w Warszawie. Alena i Kristof wyszli do sklepu na pół godziny — po powrocie zobaczyli dym wydobywający się z okien. W środku był już ogień. Uratowali tylko koty. O tym, co się wydarzyło i jak wygląda ich sytuacja dziś, Alena opowiedziała MOST.
„Sąsiedzi mówili, żebyśmy wychodzili, ale nie mogliśmy zostawić Lizy”
Pożar wybuchł wieczorem 15 kwietnia. Tego dnia małżeństwo wyszło do sklepu. Alena podkreśla, że zawsze są ostrożni i wyłączają urządzenia elektryczne, nawet gdy wychodzą na chwilę. Tym razem jednak coś się zapaliło. Po powrocie zobaczyli kłęby dymu wydobywające się z mieszkania. Wezwali straż pożarną i próbowali dostać się do środka, by odnaleźć koty.
Żopik miał poparzoną łapę, ale zdołał uciec — znaleziono go szybko. Z Lizą było gorzej.
— Sąsiedzi mówili, że musimy wychodzić, ale nie mogliśmy jej tam zostawić. Kristof jeszcze raz wszedł do mieszkania. Był tam czarny słup dymu, w głównym pokoju palił się ogień, żyrandol już spadł. To było straszne. Znalazł ją w kuchni, w kącie — leżała bez sił, cała w pianie.
Oba koty trafiły do kliniki weterynaryjnej i zostały umieszczone w komorach tlenowych.

Spłonęło 95 proc. rzeczy i paszporty
Po ugaszeniu pożaru na miejscu pracowali śledczy. Początkowo podejrzewano zapłon akumulatora, ale w oficjalnym raporcie wskazano ogólnie: przyczyną był sprzęt elektryczny.
Na miejsce przyjechała właścicielka mieszkania. Jej nieruchomość i wyposażenie były ubezpieczone. Początkowo zapewniała, że polisa obejmie także straty najemców, ale później okazało się, że nie.
W ogniu spłonęły rzeczy osobiste, elektronika — w tym laptop — oraz sprzęt domowy. Jak szacuje Alena, około 95 proc. ich dobytku. Ocalało to, co mieli na sobie, oraz część rzeczy z komody — próbują je teraz doprać i pozbyć się zapachu spalenizny. Przedmioty z kuchni pokryła sadza, ale w większości przetrwały. Niektóre rzeczy strażacy wyrzucali przez okna podczas akcji gaśniczej.
— Moja spalona bielizna leży teraz na ulicy — mówi Alena z gorzką ironią.
Alena miała dwa białoruskie paszporty — zwykły i biometryczny — jeden z nich spłonął. Utracony został także białoruski paszport Kristofa. Mężczyzna ma również polskie obywatelstwo — para mieszka w Polsce od pięciu lat. W mieszkaniu była też gotówka: część spłonęła całkowicie, część została uszkodzona. Para sprawdza teraz, czy można ją wymienić w banku.
Jedni pomogli ubraniami, inni zabrali koty
Po pożarze Alena i Kristof zatrzymali się u znajomych, którzy przekazali im ubrania i podstawowe rzeczy. Koty przebywają u innych przyjaciół. Czekają je kolejne badania — każda wizyta u weterynarza kosztuje, według Aleny, około 500 zł.
Para konsultuje się też z prawnikami, by ustalić dalsze kroki.
Aby poradzić sobie z sytuacją, uruchomili zbiórkę na 35 tys. zł. W ciągu czterech dni zebrano ponad 75 tys. zł. Środki mają zostać przeznaczone na wynajem nowego mieszkania, zakup laptopa (Alena używa go do szukania pracy — obecnie pracuje tylko Kristof), najpotrzebniejsze rzeczy na start, leczenie zwierząt oraz pomoc prawną.