„Czekać to znaczy siedzieć bez kursów i pieniędzy”. Po zamknięciu granicy Białorusini zaczęli odchodzić z polskich firm transportowych i budowlanych

„Czekać to znaczy siedzieć bez kursów i pieniędzy”. Po zamknięciu granicy Białorusini zaczęli odchodzić z polskich firm transportowych i budowlanych

Zdjęcie ma charakter ilustracyjny. Źródło: JESHOOTS.com / Pexels / Bip.brpo.gov.pl

MOST
MOST

17 września 2025, 16:05

Po tym, jak Polska nie otworzyła granicy 17 września, polskie firmy transportowe i budowlane zaczęły odnotowywać zwolnienia Białorusinów zatrudnionych w systemie rotacyjnym. O odejściu z pracy informują także Ukraińcy z okupowanych terytoriów, którzy do Polski wjeżdżali przez Brześć.

„Żyli na dwa kraje, na weekendy jeździli do Brześcia – do rodzin”

Paweł prowadzi firmę budowlaną w województwie lubelskim, niedaleko przejścia granicznego w Terespolu. Zatrudnia pracowników z Białorusi.

— Mamy 40 osób. Powiedzieli, że jeśli granica w ciągu miesiąca się nie otworzy, wszyscy wrócą do Białorusi. I więcej tu nie przyjadą. Bo oni żyli na dwa kraje — na weekendy jeździli do Brześcia, do rodzin. W Mińsku na monolicie czy przy murarce teraz płacą mniej więcej tyle samo, co w Polsce. A dojechać z Mińska do Warszawy to dziś koszt 200–300 euro przez Łotwę.

Samochodem na białoruskich numerach przez Litwę przejechać się nie da (potrzebne są litewskie dokumenty pobytowe, wiza albo paszport UE). Tańsze bilety nie zawsze są dostępne, a dla mieszkańców Brześcia pracujących przy polskiej granicy to duże utrudnienie.

„Ludzie nie chcą żyć w stanie ‘zdążę – nie zdążę’”

Tatiana, pracowniczka firmy transportowej w Warszawie, mówi, że fala odejść kierowców zaczęła się już pod koniec lata i początkowo była związana ze „stresem wizowym”. Teraz doszło jeszcze zamknięcie granicy.

— W pierwszej kolejności odchodzą Białorusini i chłopaki z okupowanych terenów Ukrainy. Ludzie nie chcą żyć w stanie „zdążę – nie zdążę”.

Według niej firma stara się zatrzymać pracowników: pomaga z pismami do konsulatów, zmienia trasy. Ale to wciąż za mało. W Rosji kierowca międzynarodowy może obecnie znaleźć pracę za 3 tys. euro i nie mieć problemów z przekraczaniem granicy czy uzyskaniem wizy.

— Człowiek ma konkretny strach i konkretną pokusę: „tam teraz łatwiej się zatrudnić i jakby więcej płacą”. Na takim rozdrożu argumenty o bezpieczeństwie i warunkach pracy brzmią słabiej niż liczby w ogłoszeniu — mówi Tatiana.

Przytacza przykład jednego z kierowców, z którym niedawno rozmawiała:

— Bardzo dobry, solidny kierowca. Ale zmęczył się niepewnością. Rozmawiamy, szukamy rozwiązań. Jednak rozumiem jego logikę: kiedy masz 50 lat, chcesz już mieć pewność, że zawsze możesz szybko pojechać na urlop do rodziny i bez problemu wrócić.

„Szkoda, ale rozumiem: samochód musi jeździć”

Paweł przez kilka lat pracował jako kierowca w polskiej firmie transportowej. Mówi, że zarobki były satysfakcjonujące — około 2700 euro „na rękę” — a atmosfera na bazie normalna. Na polski pobyt czasowy świadomie się nie decydował: jego żona pracuje w instytucji państwowej na Białorusi i rodzina obawiała się konsekwencji związanych z zagranicznym dokumentem.

„Pierwsze sygnały” pojawiły się już w połowie 2024 roku. Paweł nie zdążył na czas zapisać się na wizę, a jego ciężarówka pojechała w trasę z innym kierowcą.

— Szkoda, ale rozumiem: samochód musi jeździć — mówi.

Firma pomogła — napisała pismo do polskiego konsulatu w Brześciu. Po dwóch tygodniach Paweł dostał telefon i zaproszenie na złożenie dokumentów. Otrzymał wizę i wrócił na trasę.

Latem 2025 roku historia się powtórzyła. Pod koniec sierpnia Paweł wyjechał na urlop i czekał na zapis na nową wizę. Wtedy po raz pierwszy poważnie pomyślał o rosyjskich pracodawcach, bo — jak mówi — rejestracja na wizę „zamieniła się w loterię”. Według niego pomoc w zapisach potrafiła kosztować nawet 500 euro.

„Mam dość życia w zawieszeniu”

Do problemów doszło jeszcze zamknięcie granicy polsko-białoruskiej.

— Rosyjskie firmy proponują do 3 tys. euro miesięcznie — mówi Paweł. — Na papierze nawet więcej, niż miałem w Polsce. Ale tam wszystko liczone jest od kilometrów. Żeby dostać wypłatę, trzeba robić minimum 800 kilometrów dziennie. Po rosyjskich drogach to 12–14 godzin za kierownicą. A ja mam już 50 lat. Pytanie, jak długo wytrzymam w takim tempie?

W polskiej firmie jego dzień pracy był „ściśle zgodny z przepisami” — czas jazdy, postoje, noclegi, regularny tygodniowy grafik. Ale od października Paweł wyjeżdża do pracy w Rosji. Już zdecydował, że nie będzie czekał na otwarcie granicy.

— Czekać to znaczy siedzieć bez kursów i pieniędzy — mówi. — W Rosji od razu wychodzę na trasę, bez wiz i granic, a trasy są krajowe. Do rodziny łatwiej dojechać. Mam dość życia w zawieszeniu. Lepiej jechać i zarabiać, niż znów tracić miesiące na oczekiwanie.

Podobne artykuły