„Pierwszego dnia chodziłem jak pingwinek”. Białorusin zrobił wazektomię w Polsce i opowiedział, ile to kosztuje

Po czterech latach mieszkania w Polsce Białorusin Jegor zdecydował się na wazektomię. Do zabiegu skłoniły go zmęczenie opieką nad młodszym dzieckiem i strach przed nieplanowaną ciążą w kraju, w którym aborcja jest mocno ograniczona. Opowiedział MOST, jak zapisał się na zabieg w Białymstoku, dlaczego lekarz nie próbował odwieść go od decyzji i jaką „pamiątkę” dostał po operacji.

Wazektomia to zabieg męskiej sterylizacji. Polega na zablokowaniu albo przecięciu nasieniowodów, przez co plemniki nie trafiają już do nasienia. Po wazektomii mężczyzna może mieć wytrysk, ale w płynie nasiennym nie powinno być plemników.

„Młodszy urwis za bardzo daje w kość”

Jegor ma dzieci w wieku 4 i 11 lat. Po raz pierwszy o wazektomii, czyli zabiegu męskiej sterylizacji, pomyślał dwa lata temu. Wtedy jednak nie zrealizował tego planu: sądził, że takie zabiegi wykonuje się tylko w Warszawie. Niedawno Białorusin znalazł klinikę w Białymstoku — mieście, w którym obecnie mieszka.

— Młodszy urwis nie daje wolnego czasu i za bardzo daje w kość. Oko mi drga na samą myśl, że takich urwisów mogłoby być więcej — tak Jegor wyjaśnia główny powód swojej decyzji o wazektomii.

Dodatkowym argumentem za zabiegiem było to, że w Polsce kobietom bardzo trudno jest wykonać aborcję. Po rozmowie z żoną doszli do wspólnego wniosku, że zabieg trzeba zrobić.

— To tak, jakby usunąć ząb mądrości: bez niego życie będzie prostsze. Po co się dodatkowo stresować? Jedziemy z tym — tak mężczyzna opisuje swoje emocje przed operacją.

„Lekarz przybił mi żółwika”

Zapisanie się na zabieg nie było dla Jegora trudne. W jednym z internetowych serwisów do umawiania wizyt Białorusin wybrał lekarza i dogodny termin. W momencie rejestracji nie miał jeszcze polskiego obywatelstwa, ale wystarczył numer PESEL.

Później skontaktowali się z nim pracownicy kliniki i poprosili o wykonanie badania krzepliwości krwi. Za tę usługę Jegor zapłacił 120 zł.

Z gotowymi wynikami badań przyszedł na wizytę do lekarza. Białorusinowi spodobało się, że ze strony specjalisty nie spotkał się ani z ocenianiem, ani z prośbami, by jeszcze raz dobrze przemyślał swoją decyzję.

— Lekarz zaczął rozmowę maksymalnie przyjaźnie — przywitał się słowem „siema” i przybił mi żółwika. Komunikacja była taka, żeby przełamać lody i uniknąć dużego napięcia — mówi Jegor.

Według mężczyzny „sprawdzenie, czy wie, co robi” trwało około trzech minut. Sprawdzono jego dokumenty i zapytano, ile ma dzieci.

— Kiedy rozmawiałem z lekarzem, nie było ani sekundy, w której próbowałby mnie odwieść od tej decyzji. Kiedy powiedziałem, ile mam dzieci, w ogóle nie zareagował: jak wypełniał dokument, tak dalej go wypełniał. Dwoje to dwoje — wzrusza ramionami Białorusin.

Przed operacją mężczyźnie wykonano USG, żeby sprawdzić, czy nie ma nieprawidłowości. Zalecono mu też, by pił więcej wody.

„Wszedłem, zrobiłem i tyle — relaks”

Mężczyzna przyznaje, że przed operacją czuł lekkie zdenerwowanie. Według niego można to porównać do wizyty u dentysty. Sam zabieg wykonuje się w znieczuleniu miejscowym. W odczuciu Jegora przypominało to robienie tatuażu.

— Robią małe nacięcie, potem czuć lekkie kłucie. Wszedłem, zrobiłem i tyle — relaks.

Zabieg trwał około pół godziny i kosztował mężczyznę 2,5 tys. zł. Na pożegnanie Jegorowi poradzono, by pilnował nawodnienia. Od momentu zapisania się do lekarza do wyjścia z gabinetu po wazektomii minęły trzy dni.

— Absolutnie zwyczajne, przyjazne podejście — tak Jegor opisuje kontakt z lekarzem po zabiegu.

Na pamiątkę Białorusin dostał naklejkę z rysunkiem penisa i napisem „dzielny pacjent”.

— Zupełnie jakby chwalili dzieci po wizycie u lekarza — zabawne. Mikroosiągnięcie — żartuje Jegor.

„Pierwszego dnia chodziłem jak pingwinek”

Jegor przeszedł zabieg cztery dni temu.

— Pierwszego dnia chodziłem jak pingwinek. Miałem wrażenie, jakbym poruszał się na drewnianych nogach. Poza tym nie ma żadnych fizjologicznych odchyleń — opisuje swoje samopoczucie mężczyzna.

Przez najbliższy tydzień Białorusin będzie musiał unikać wysiłku fizycznego: nie podnosić ciężkich toreb i nie chodzić na siłownię. Musi też dbać o higienę i ostrożnie pielęgnować miejsce po zabiegu.

Żeby pacjenci nie mylili kolejności działań, na pożegnanie dostają niewielką broszurę z instrukcją. Jegora ucieszyło, że zalecenia napisano zrozumiałym językiem.

Po dwóch tygodniach Białorusin będzie musiał wykonać badanie nasienia.

— Żeby sprawdzić, czy w płynie nie zostały te „białe chłopaki” — wyjaśnia mężczyzna.

Za tę opcję również będzie musiał zapłacić, ale kosztu badania jeszcze nie sprawdzał.

„Jak się uprzeć, da się to odwrócić”

Jeszcze przed operacją Jegor wiedział, że wazektomia może być zarówno odwracalna, kiedy mężczyźnie później przywraca się płodność, jak i nieodwracalna. Sam Białorusin nie zagłębiał się jednak w szczegóły.

— Wygląda na to, że nowsze warianty [wazektomii] są odwracalne. Wiem, że taka możliwość istnieje. Jeśli bardzo się chce i człowiek się uprze, to można [wszystko przywrócić] — mówi mężczyzna.

Mimo to w przewidywalnej przyszłości Jegor nie widzi sensu w przywracaniu płodności.

— Dobrze, że jest możliwość wykluczenia spontanicznych nieprzyjemności, które mogą się zdarzyć w dorosłym życiu — podsumowuje Białorusin.

Białorusinka zapytała Polaków, co ich interesuje o Białorusinach. Oto, co odpowiedzieli

Użytkowniczka Threads hannandreevna zapytała Polaków, o czym chcieliby czytać i oglądać w blogu o Białorusinach. W komentarzach pojawiły się tematy literatury, języka, kuchni, wspólnej historii, polityki, muzyki i kina.

— Prowadzę swojego bloga, ale dopadł mnie totalny brak weny i skończyły mi się pomysły na content. Co Was najbardziej ciekawi? Kuchnia, język, jakieś życiowe smaczki, a może to, jak widzę Polskę swoimi oczami? Dajcie znać w komentarzach, każda podpowiedź jest na wagę złota! — napisała Białorusinka.

— Chętnie dowiedziałabym się czegoś o białoruskiej literaturze — napisała jedna z użytkowniczek.

Inny komentujący zapytał, czy Białorusini mają artystów o randze międzynarodowej albo przynajmniej regionalnej. Zaznaczył, że logicznie rzecz biorąc tacy artyści powinni istnieć, ale sam nie potrafi wymienić nikogo z pamięci.

Część użytkowników interesowała się białoruską muzyką i kinem. Jeden z komentujących napisał, że chciałby dowiedzieć się więcej o białoruskiej muzyce, zwłaszcza postpunku, a także o współczesnym kinie i serialach, które choć trochę realistycznie pokazują życie społeczeństwa w Białorusi.

Osobno w komentarzach pojawił się temat języka. Jeden z użytkowników napisał, że interesuje go nie tylko sam język białoruski, ale też socjolingwistyka — czyli to, dlaczego Białorusini zaczęli rzadziej używać własnego języka. Dodał też, że mimo bliskości Polski i Białorusi ma wrażenie, jakby „żelazna kurtyna się przesunęła” i wciąż dzieliła Europę.

Polaków interesuje także wspólna historia. W komentarzach wspominano Rzeczpospolitą oraz postacie historyczne ważne zarówno dla Polaków, jak i Białorusinów. Wśród przykładów wymieniano Tadeusza Kościuszkę, Adama Mickiewicza i Kastusia Kalinouskiego.

Kolejnym tematem była sytuacja polityczna w Białorusi i prześladowanie opozycji. Jeden z użytkowników wspomniał również film „Żywie Biełaruś!” i napisał, że chciałby dowiedzieć się, jak Białorusini patrzą na wspólną przeszłość z Polakami.

Nie wszystkie komentarze były życzliwe. Część użytkowników negatywnie zareagowała na oficjalną czerwono-zieloną flagę Białorusi w poście dziewczyny, nazywając ją „flagą Łukaszenki”.

Pojawiły się też ostre komentarze związane z sytuacją na granicy polsko-białoruskiej.

Mieszkanie za 4500 zł i 800 zł na angielski. Budżet Białorusinki, która studiuje i pracuje w Polsce

Karina (imię zmienione) ukończyła w Polsce studia licencjackie na kierunku marketing, a obecnie studiuje na studiach magisterskich na wydziale zarządzania i biznesu. Równolegle z nauką pracuje jako marketerka w biurze i realizuje projekty z zakresu web designu jako freelancerka. Białorusinka opowiedziała MOST o swoim budżecie.

Miesięczne dochody Kariny wahają się od 8 do 10 tys. zł.

— To wystarcza, żeby spokojnie żyć, opłacać wszystkie obowiązkowe rachunki i kupować prezenty bliskim — mówi dziewczyna.

Wydatki:

  • wynajem mieszkania — 4500 zł
  • jedzenie, restauracje i dostawy — 1400 zł
  • transport — 300 zł
  • dbanie o siebie, zdrowie, kosmetyki — 530 zł
  • ubrania i buty — 10 tys. zł rocznie, czyli średnio 800 zł miesięcznie
  • rozrywka — 100 zł
  • inne — 1160 zł

Mieszkanie

Karina wynajmuje przestronne mieszkanie: salon połączony z kuchnią, osobną sypialnię oraz jeszcze jeden pokój, który urządziła jako domowe biuro i garderobę. Jest też rozwiązanie rzadko spotykane w polskich mieszkaniach — oddzielna toaleta i łazienka.

Mieszkanie znajduje się w nowoczesnym kompleksie mieszkaniowym z zagospodarowanym terenem i monitoringiem. Jak mówi dziewczyna, przy wyborze lokum celowo szukała właśnie takiej opcji.

Razem z opłatami za mieszkanie płaci 4,5 tys. zł miesięcznie.

— W ubiegłym roku przyszło mi rozliczenie za media i musiałam dopłacić 3,5 tys. zł za ogrzewanie — mówi dziewczyna. — Podejrzewam, że w tym roku będzie mniej, bo już kontrolowałam ogrzewanie. Wcześniej nie wiedziałam, że coś takiego może się zdarzyć.

Jedzenie

Przez pewien czas Karina prowadziła ewidencję wydatków na produkty spożywcze. Z miesiąca na miesiąc wychodziła jej mniej więcej ta sama kwota — 1 tys. zł. Białorusinka zaznacza, że ma określony zestaw produktów, którego się trzyma. Na liście są owoce i warzywa, nabiał, mięso i ryby oraz kasze.

— Nie kupuję żadnych słodyczy, chipsów, soków, napojów gazowanych, alkoholu — niczego zbędnego — mówi dziewczyna.

Do kawiarni i restauracji chodzi rzadko. Ta kategoria wydatków zależy od sezonu, ale średnio wynosi około 400 zł miesięcznie.

— Nie podoba mi się tu ani obsługa, ani jedzenie. Chodzę tylko po to, żeby spotkać się z koleżankami. I niczego do jedzenia nie zamawiam — tylko napoje — mówi rozmówczyni.

Transport

Karina dobrze ocenia transport publiczny w Polsce. Mówi, że w mieście, w którym mieszka, jest dużo przystanków i tras, dlatego bez problemu można dojechać praktycznie w każde miejsce. Mimo to sama prawie nie korzysta z komunikacji miejskiej.

— Bardzo źle znoszę jazdę transportem publicznym. Gdyby nie to, oczywiście bym z niego korzystała — przyznaje.

W ciepłych miesiącach Karina częściej porusza się po mieście pieszo, a zimą korzysta z taksówek. Poza tym trzy-cztery razy w miesiącu jeździ do Warszawy. Dzięki zniżce studenckiej bilet kosztuje ją około 20 zł.

Łącznie na transport Karina wydaje około 300 zł miesięcznie.

Dbanie o siebie i zdrowie

Karina ma alergię, dlatego używa tylko tych produktów, które zaleca jej dermatolog. Według jej wyliczeń kosztują one maksymalnie 100 zł miesięcznie.

Co miesiąc Białorusinka chodzi na manicure za 150 zł, a okresowo także do stylistki brwi, fryzjera, stylistki rzęs i na depilację laserową.

— Jeśli liczyć średnio, to wychodzi około 500 zł miesięcznie — wylicza dziewczyna.

Poza tym Karina od czasu do czasu robi badania krwi, żeby kontrolować stan zdrowia, ale to „kosztuje grosze”. Regularnie przyjmuje też witaminy, na które wydaje 30 zł.

Ubrania i buty

T-shirty, szorty, longsleeve’y, kardigany i jeansy Karina kupuje na sezonowych wyprzedażach.

— Marketing i trendy mają na mnie niewielki wpływ. Nie widzę sensu, żeby przepłacać.

Inaczej podchodzi do kupowania odzieży wierzchniej, butów i biżuterii. Tutaj dziewczyna nie oszczędza: wybiera dobrej jakości rzeczy z naturalnych materiałów i nie kieruje się ceną.

— Buty kupuję tylko dobrej jakości. Ważne jest dla mnie, żeby były wygodne, żeby stopa oddychała i się nie pociła — żebym mogła spokojnie robić dużo kroków. Z biżuterią jest tak samo: zawsze wybieram to, co ma swoją wagę, a nie tylko błyszczy.

Karinie trudno podać konkretną kwotę, ale według jej wyliczeń to około 10 tys. zł rocznie.

Rozrywka

Na rozrywkę Karina praktycznie nie wydaje pieniędzy. Muzea w swoim mieście już dawno odwiedziła, a kina jej nie przyciągają. Woli spędzać czas w domu albo po prostu godzinami spacerować po mieście.

— Jeśli chcę pójść na przykład na masaż, do sauny, aquaparku czy na pilates, to wszystko pokrywa karta, za którą płacę 70 zł miesięcznie. Resztę dopłaca pracodawca — mówi Białorusinka.

Inne wydatki

Co miesiąc Karina wydaje około 800 zł na lekcje z korepetytorem języka angielskiego.

Kolejne 150 zł przeznacza na serwisy streamingowe, 30 zł na telefon i około 180 zł na kapsułki do ekspresu do kawy.

— Jeśli wszystko podliczyć, wychodzi około 8 tys. zł — podsumowuje dziewczyna.

Upał, kontrole i „toliki”. Tak wyglądał weekend na granicy polsko-białoruskiej

W upalny weekend na granicy polsko-białoruskiej sytuacja wyglądała bardzo różnie. Jedni podróżni pisali o niemal błyskawicznym przekroczeniu granicy, inni skarżyli się, że droga zajęła im 10, 12, a nawet 16 godzin. Szczegółowe kontrole przy wjeździe na Białoruś, klimatyzacja, „toliki” i czerwone kierunkowskazy — MOST sprawdził, o czym pisano w przygranicznych czatach.

„Z czerwonymi kierunkowskazami przejechałem w trzy godziny i 40 minut”

W ubiegłym tygodniu sporo emocji wywołała informacja o czerwonych kierunkowskazach w samochodach sprowadzonych z rynku amerykańskiego.

Przypomnijmy, według polskiej policji samochody powinny być wyposażone w tylne kierunkowskazy w kolorze żółtym lub pomarańczowym, dobrze widoczne w dzień i w nocy. W wielu autach z rynku amerykańskiego tylne kierunkowskazy są czerwone. Po tym w sieci pojawiły się informacje, że takie samochody rzekomo nie są wpuszczane do Polski.

Niektórzy podróżni pisali, że wcześniej przygotowali się na ewentualne wzmożone kontrole:

— Mamy samochód z USA — kierunkowskazów nie sprawdzali, chociaż przerobiliśmy je na europejskie.

Inny użytkownik czatu napisał, że wjechał do Polski samochodem z czerwonymi kierunkowskazami:

— Z czerwonymi kierunkowskazami przejechałem w trzy godziny i 40 minut.

W czatach nie znaleźliśmy informacji o tym, by kogoś zawrócono właśnie z powodu czerwonych kierunkowskazów. Dyskusji na ten temat było jednak dużo.

„Toliki” wjeżdżają bez kolejki

Przy wjeździe na granicę od strony Polski polscy pogranicznicy objeżdżali kolejkę. Jeśli podróżni nie mieli VAT-u, byli od razu zapraszani pod szlaban i kierowani na „zielony korytarz”. Część Białorusinów dobrze oceniła takie rozwiązanie:

— To bardzo pomaga, zwłaszcza kiedy „toliki” wjeżdżają bez kolejki.

W czatach dyskutowano też o tym, kto i w jaki sposób reguluje ruch w pobliżu granicy:

— Przy centrum stoi wystrojona pani i decyduje, kto, gdzie i kiedy ma wjeżdżać. Oczywiście wszyscy na pierwszym regionie albo ci, którzy są w grupie „tolików”.

„Tolikami” w przygranicznych czatach nazywa się osoby, które próbują wcisnąć się w kolejkę, omijając ją dzięki wcześniejszym ustaleniom.

Temat „tolików” regularnie wraca w czatach. Osoby, które rzadko przekraczają granicę, dziwią się, dlaczego część samochodów omija ogólną kolejkę:

— Stoję w ogólnej kolejce i widzę, jak co jakiś czas samochody przemykają pasem autobusowym w stronę Białorusi z Polski. Dlaczego tak jest?

Bardziej doświadczeni podróżni tłumaczą to w ten sposób:

— Brzescy biznesmeni lecą na rozładunek towaru albo do swoich chłopaków do domu.

W czatach pojawiały się też wezwania, by nie przepuszczać takich samochodów i wzywać policję. Uczestnicy rozmów zwracali przy tym uwagę, że przez kolejki i próby ich omijania na granicy dochodzi do konfliktowych sytuacji.

Autobusy: od szybkiego przejazdu po 16 godzin oczekiwania

Sytuacja z autobusami była niejednoznaczna. Jedni użytkownicy pisali o szybkim przekroczeniu granicy i łagodnej kontroli. Inni opisywali wielogodzinne opóźnienia.

— Brzmi jak fejki. W stronę Polski jechaliśmy — wszyscy pisali o trzech godzinach, a granica ostatecznie zajęła 16 godzin. Wracamy — piszą trzy–pięć godzin, a stoimy 12 godzin. I jak tylko się wymęczyliśmy i przejechaliśmy, pojawia się kolejna relacja w stylu: „o 20.00 na RP, o 20.10 wjechaliśmy do Białorusi”.

Według użytkowników czas przekraczania granicy zależał między innymi od stopnia kontroli pasażerów. Niektórzy pisali, że autobusy wjeżdżające na Białoruś sprawdzano szczególnie dokładnie. Pasażerów kierowano na rozmowy i prześwietlenie.

— I skaner, i ręcznie, i trzy psy. Dopiero co przeszliśmy kontrolę paszportową z Białorusi, przez szybę widzieliśmy, jak sprawdzają wjeżdżających na Białoruś.

Z relacji użytkowników wynika, że na granicy szczególną uwagę zwracano na obywateli Ukrainy. Niektórych kierowano na dodatkowe rozmowy, a dwie osoby — jak twierdzono w czatach — zdjęto z kursu. Nie podano szczegółów dotyczących ich dalszych losów.

Z powodu anormalnych upałów wiele osób pytało, czy w autobusach działa klimatyzacja. Sądząc po wpisach w czatach, w większości autobusów była ona włączona. Mimo to podróżnym nie udało się całkowicie uniknąć upału:

— Bardzo gorąco: nigdzie w budynkach nie ma klimatyzacji, a do autobusu z powrotem nie wpuszczali, dopóki cały tłum, 70 osób, nie przejdzie kontroli.

Cudzoziemcy wjeżdżający do Polski od strony Białorusi wydali prawie 210 mln zł

Cudzoziemcy, którzy w I kwartale 2026 roku wjechali do Polski przez granicę z Białorusią, wydali w kraju 209,6 mln zł. To prawie półtora raza więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku — wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego.

Statystyki te nie obejmują cudzoziemców mieszkających w Polsce dłużej niż rok.

W porównaniu ze styczniem–marcem 2025 roku sytuacja na granicy polsko-białoruskiej wygląda inaczej: działają tam trzy, a nie jedno przejście graniczne. W listopadzie ubiegłego roku otwarto przejścia Kuźnica–Bruzgi oraz Bobrowniki–Bierestowica.

Obywatele Polski, którzy w styczniu–marcu 2026 roku przekraczali granicę polsko-białoruską, wydali za granicą 7,0 mln zł. To nadal niewielka kwota, ale większa niż rok wcześniej, gdy wydatki wyniosły 4,7 mln zł.

Na tle ogólnych wydatków cudzoziemców w Polsce udział osób wjeżdżających od strony Białorusi pozostaje niewielki. Łącznie cudzoziemcy, którzy przyjechali do Polski, wydali w kraju 10,9 mld zł. Dla porównania: prawie 4 mld zł przypadły na osoby, które przyjechały od strony Niemiec.

Cudzoziemcy w Polsce najczęściej kupują towary nieżywnościowe — odpowiadają one za 47,7% ich wydatków. Na usługi przypada 30%.

Polacy w ciągu trzech miesięcy zostawili za granicą 7,8 mld zł. Najwięcej wydają na różnego rodzaju usługi — stanowią one 64% ich wydatków.

Białorusinka została zwolniona w czasie zwolnienia lekarskiego. Poszła do sądu

Margarita (imię zmienione) przez prawie dwa lata pracowała jako ogrodniczka w polskiej firmie. Potem Białorusinka została zwolniona za naruszenie obowiązków pracowniczych — po tym, jak poszła na zwolnienie lekarskie. Margarita twierdzi, że problemy zaczęły się po pojawieniu się nowego brygadzisty. Złożyła pozew do sądu i domaga się przywrócenia do pracy. Kobieta opowiedziała MOST, jak rozwijały się wydarzenia.

Margarita z wykształcenia jest prawniczką. W Polsce podjęła pracę jako ogrodniczka — od września 2024 roku była zatrudniona na podstawie umowy o pracę. Firma, w której pracowała Margarita, należy do grupy produkcyjnej i zajmuje się wynajmem oraz zarządzaniem nieruchomościami własnymi lub dzierżawionymi. Według kobiety jej zespół odpowiadał za duży teren: fabrykę, prywatną działkę właścicieli, ogród i przyległe obszary. W brygadzie pracowały łącznie trzy, czasem cztery osoby.

Jak opowiada Margarita, przez długi czas w pracy nie było żadnych konfliktów. Wszystko zmieniło się, gdy dotychczasowy brygadzista, który zbliżał się do wieku emerytalnego, zaczął wycofywać się z obowiązków, a właściciele zaczęli szukać jego następcy.

— Problemy zaczęły się po pojawieniu się nowej osoby na stanowisku brygadzisty — mówi.

Co napisano w dokumentach dotyczących zwolnienia

Redakcja MOST zapoznała się z dokumentami przekazanymi przez Margaritę. Zgodnie z pismem pracodawcy umowa o pracę z kobietą została rozwiązana na podstawie art. 52 § 1 pkt 1 Kodeksu pracy. To tak zwane zwolnienie dyscyplinarne, które pracodawca może zastosować w przypadku „ciężkiego naruszenia przez pracownika podstawowych obowiązków pracowniczych”, bez wypowiedzenia.

W dokumencie pracodawca wskazał kilka przyczyn. Wśród nich znalazły się nieobecność Margarity w pracy 26 maja 2026 roku „bez usprawiedliwienia”, brak informacji o niestawieniu się w pracy tego dnia, a także „wielokrotne i uporczywe podważanie autorytetu bezpośredniego przełożonego”. Pracodawca twierdzi również, że kobieta nie wykonywała poleceń przełożonego, w tym dotyczących rozpoczęcia pracy, godzin instruktaży i powierzonych zadań.

W piśmie stwierdzono, że zachowanie Margarity miało dezorganizować pracę zespołu ogrodniczego i doprowadziło do tego, że pracodawca „całkowicie utracił do niej zaufanie”.

Stanowisko Margarity

Margarita nie zgadza się ze zwolnieniem. W pozwie złożonym do wydziału pracy i ubezpieczeń społecznych Sądu Rejonowego dla Wrocławia kobieta twierdzi, że 26 maja nie przyszła do pracy z powodu pogorszenia stanu zdrowia, a jej nieobecność była potwierdzona zwolnieniem lekarskim. Utrzymuje również, że poinformowała pracodawcę, iż nie będzie mogła stawić się w pracy.

Zaprzecza także zarzutom dotyczącym niewykonywania poleceń przełożonego. Z pozwu wynika, że 25 maja Margarita przyszła do pracy i wykonywała powierzone zadania. Według jej wersji konflikt nie wynikał z kwestii dyscypliny, lecz z problemów w komunikacji z nowym bezpośrednim przełożonym oraz ze sposobu organizacji pracy zespołu.

W dokumentach przekazanych redakcji Margarita wskazuje również, że informowała pracodawcę o problemach w zespole i stylu zarządzania. Jej zdaniem zwolnienie dyscyplinarne mogło być reakcją na te skargi.

Czego domaga się w sądzie

Margarita domaga się w sądzie przywrócenia do pracy albo, alternatywnie, odszkodowania. W pozwie wnosi o przywrócenie jej do pracy na dotychczasowych warunkach pracy i płacy, a także o zasądzenie wynagrodzenia za czas pozostawania bez pracy, jeśli wróci do wykonywania obowiązków.

Alternatywnie domaga się odszkodowania w wysokości trzymiesięcznego wynagrodzenia.

Na potwierdzenie swojego stanowiska Margarita przekazała sądowi dokumenty, które jej zdaniem pokazują okoliczności konfliktu i zwolnienia. Wśród nich są umowa o pracę i aneksy do niej, pismo pracodawcy o zwolnieniu dyscyplinarnym, korespondencja z pracodawcą z 26 maja, zwolnienie lekarskie, ewidencja czasu pracy, a także wewnętrzne dokumenty firmy dotyczące zasad komunikacji i korzystania z telefonu w czasie pracy. Dołączyła również zrzuty ekranu z korespondencji na WhatsAppie, w której omawiano zadania służbowe i komunikację w zespole.

Co mówi prawo

Prawnik specjalizujący się w prawie pracy Maksim D. podkreśla, że zwolnienie dyscyplinarne jest jedną z najostrzejszych form rozwiązania umowy.

— Taki tryb powinien być stosowany wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach i z ostrożnością. Pracodawcę ogranicza też termin: nie może zwolnić pracownika na podstawie art. 52 później niż miesiąc od momentu, gdy dowiedział się o okoliczności, którą uznaje za podstawę zwolnienia — mówi prawnik.

Osobną kwestią w tej sprawie jest zwolnienie pracownika w czasie choroby. Według prawnika zwolnienie lekarskie co do zasady chroni pracownika przed zwykłym wypowiedzeniem, ale nie zawsze wyklucza zwolnienie dyscyplinarne. W takim przypadku pracodawca musi udowodnić, że pracownik rzeczywiście dopuścił się ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków — świadomie albo wskutek rażącego niedbalstwa.

— Jeśli nieobecność była potwierdzona zwolnieniem lekarskim, a pracownik poinformował o niej pracodawcę, może to być jeden z kluczowych argumentów w sądzie — wyjaśnia prawnik.

Pracownik, który nie zgadza się z rozwiązaniem umowy bez wypowiedzenia, może zwrócić się do sądu pracy. Zgodnie z art. 264 Kodeksu pracy na takie roszczenie — o przywrócenie do pracy lub odszkodowanie — ma 21 dni od momentu otrzymania zawiadomienia o rozwiązaniu umowy.

— Jeśli sąd przywróci pracownika do pracy, może przysługiwać mu wynagrodzenie za czas pozostawania bez pracy — zwykle nie więcej niż za trzy miesiące i nie mniej niż za jeden miesiąc, pod warunkiem że pracownik wróci do pracy — dodaje prawnik.

Dlaczego Margarita zdecydowała się opowiedzieć swoją historię

Margarita mówi, że zdecydowała się opowiedzieć swoją historię, ponieważ chce pokazać, że nawet w konflikcie z dużą firmą pracownik nie pozostaje bez ochrony.

— Zależy mi na tym, żeby inne osoby w podobnej sytuacji rozumiały: można walczyć. W Polsce jest sąd pracy, są organizacje, które pomagają pracownikom, jest możliwość uzyskania wsparcia. Gdy przygotowywałam pismo do sądu, pomogli mi bardzo szybko — w ciągu kilku dni — i całkowicie bezpłatnie. Dlatego chcę, żeby ta historia nie była o zemście, ale o tym, jak pracownik może bronić swoich praw: co robić w czasie zwolnienia lekarskiego, dlaczego ważne jest zachowywanie korespondencji i jakie dokumenty mogą się przydać — mówi Margarita.

Według kobiety chce ona, aby inni pracownicy nie rezygnowali z obrony swoich praw tylko dlatego, że spierają się z dużą firmą i czują się w tym konflikcie słabsi.

Odpowiedź byłego pracodawcy

MOST zwrócił się z prośbą o komentarz do firmy, w której pracowała Margarita. W odpowiedzi dyrektorka HR poinformowała, że firma odmawia komentowania sytuacji, ponieważ redakcja nie przedstawiła potwierdzenia upoważnienia do działania w imieniu Margarity.

Największy przemyt w Bobrownikach od otwarcia przejścia. Białorusin wiózł przesyłki z Rosji

Na polsko-białoruskim przejściu granicznym w Bobrownikach funkcjonariusze podlaskiej Służby Celno-Skarbowej wykryli niemal 20 tys. paczek białoruskich papierosów oraz około 60 opakowań leków. Przemyt znaleziono w ciężarówce, która przewoziła przesyłki pocztowe z Rosji na zachód Europy.

Według podlaskiej KAS papierosy i preparaty farmaceutyczne były ukryte w workach i kartonach znajdujących się w naczepie ciężarówki. Wśród znalezionych leków były preparaty wspomagające terapię niepłodności i zaburzeń kardiologicznych, a także środki nasenne.

Szacunkowa wartość rynkowa zatrzymanego towaru wynosi ponad 415 tys. zł.

To największy przemyt ujawniony na przejściu w Bobrownikach od czasu jego ponownego otwarcia w połowie listopada 2025 roku, po 2,5 roku zamknięcia.

Kierowcą ciężarówki był 61-letni obywatel Białorusi. Został przesłuchany w charakterze świadka w ramach wszczętego postępowania karnego skarbowego. Sprawę prowadzi Podlaski Urząd Celno-Skarbowy w Białymstoku. Funkcjonariusze wyjaśniają wszystkie okoliczności zdarzenia.

„Moje osocze jest uznawane za uniwersalne”. Czytelnik MOST oddał 24 litry krwi i teraz liczy na polskie obywatelstwo

W czerwcu Wiktor Mużyliwski otrzymał wyróżnienie od ministra zdrowia Polski — odznakę „Honorowy Dawca Krwi — Zasłużony dla Zdrowia Narodu”. Razem z nim nagrodzono jeszcze około 50 mieszkańców Białegostoku, ale on był jedynym cudzoziemcem. Dwa lata temu mężczyzna — obywatel Ukrainy — złożył dokumenty o nadanie polskiego obywatelstwa i teraz liczy, że wyróżnienie oraz 24 litry oddanej krwi zadziałają na jego korzyść. MOST porozmawiał z Wiktorem o tym, po co oddawać krew, z jakich przywilejów już korzysta i czy nie planuje zrezygnować z polskiego wyróżnienia śladem ukraińskich polityków.

73 hrywny, herbata i ciastka

Historia dawstwa 28-letniego Wiktora zaczęła się jeszcze w Ukrainie. Wtedy zwrócono się do niego z prośbą o oddanie krwi dla konkretnej osoby.

— Powiedziano mi, że pilnie potrzebna jest krew. U nas to nie wygląda tak jak w Polsce — właściwie nie ma systemu dobrowolnego krwiodawstwa. Częściej prosi się rodzinę i znajomych. Zgodziłem się, poszło ze mną jeszcze trzech chłopaków — wspomina.

Wtedy otrzymał symboliczną rekompensatę — około 74 hrywien, herbatę i ciastka.

— To było właściwie nic. Ale sam proces mnie wciągnął. Zrozumiałem, że naprawdę mogę pomóc człowiekowi — mówi Wiktor.

Później jeszcze kilka razy oddawał krew, już z własnej inicjatywy.

Za sześć litrów krwi zwrócono mu 173 zł

Do Polski Wiktor przeprowadził się pięć lat temu i niemal od razu kontynuował oddawanie krwi.

— W ogóle nie wiedziałem, że są tu jakieś ulgi i medale. Po prostu chciałem pomagać ludziom. Szczerze mówiąc, zacząłem oddawać krew, żeby uratować swoją duszę i trafić do raju — mówi mężczyzna z uśmiechem.

Z czasem dowiedział się, że w Polsce za każde oddanie krwi dawca otrzymuje ekwiwalent utraconych kalorii — około 4000 kilokalorii w postaci produktów, takich jak masło orzechowe, musli, soki czy czekolada.

Ponadto dawcy otrzymują dwa płatne dni wolne bezpośrednio po oddaniu krwi — i dla wielu osób staje się to dodatkową motywacją.

— Są ludzie, którzy idą właśnie dla tych dni wolnych. Pamiętam, że kiedyś zorganizowano taką akcję w sobotę. Przyszliśmy z kolegą. Oprócz nas było tam tylko pięć osób, choć zwykle są duże kolejki. Myślę więc, że dla wielu osób to właśnie dni wolne są powodem, żeby oddawać krew — przypuszcza Wiktor.

W Polsce nie przewidziano finansowego wynagrodzenia za krew. Jest jednak bonus — pod koniec roku można odzyskać część zapłaconego podatku. Wcześniej Wiktor nie miał czego odliczać, bo do 26. roku życia pracownicy w Polsce nie płacą podatku dochodowego. W tym roku po raz pierwszy skorzystał z tej ulgi — za sześć litrów krwi otrzymał 173 zł zwrotu.

Legitymacje Wiktora. Fot. MOST

„Patrzę: z żyły pobierają nie krew, tylko coś żółtego”

Wiktor ma grupę krwi AB Rh+ — jedną z najrzadszych. W klasycznym krwiodawstwie jest mniej potrzebna niż na przykład grupa 0.

— Moja krew nie jest tak uniwersalna. Czwarta grupa jest potrzebna ludziom z taką samą grupą. Natomiast osocze krwi grupy AB, przeciwnie, uznaje się za uniwersalne — można je przetaczać pacjentom z każdą grupą krwi. Właśnie dlatego jest szczególnie potrzebne: wykorzystuje się je w leczeniu ciężko chorych pacjentów, w tym kobiet w ciąży, a także do produkcji preparatów medycznych.

Kiedy w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa, gdzie Wiktor oddaje krew, poznano jego grupę krwi, zaproponowano mu, by zaczął oddawać osocze.

— Wtedy nawet nie wiedziałem, co to jest. Potem zaprowadzono mnie do gabinetu i podłączono do aparatu. Patrzę: z żyły pobierają nie krew, tylko coś żółtego. Pytam, co to jest. Odpowiadają: „Osocze”.

Osocze można oddawać częściej — raz na dwa tygodnie, podczas gdy krew mniej więcej raz na dwa miesiące. To pozwala szybciej gromadzić staż dawcy, mówi Wiktor.

— Jeśli będziesz oddawać tylko krew, do tych wszystkich przywilejów dojdziesz po dziewięciu latach. Sama procedura oddawania osocza też wygląda inaczej: krew oddaje się w 5–10 minut, a osocze — ponad 40 minut. No i osocze oddaje się boleśniej.

24 litry krwi i ponad 70 donacji

W ciągu pięciu lat Wiktor oddał łącznie około 24 litrów krwi. Na donacje przychodził ponad 70 razy. W Polsce obowiązuje system stopni krwiodawstwa: za sześć litrów przyznaje się pierwszy stopień, za 12 litrów — drugi, a za 18 litrów — trzeci. Z każdym kolejnym stopniem pojawiają się nowe przywileje — od priorytetowego dostępu do lekarzy po bezpłatne przejazdy komunikacją miejską. Odznaka „Zasłużony dla Zdrowia Narodu” jest państwowym wyróżnieniem.

— Nie daje dodatkowych ulg. To po prostu potwierdzenie, że zrobiłeś dużo — mówi Wiktor.

Jedyny cudzoziemiec na ceremonii

Ceremonia wręczenia wyróżnień odbyła się w czerwcu. Wśród około 50 nagrodzonych Wiktor był jedyną osobą, która nie była Polakiem.

— Nawet źle przeczytali moje nazwisko, ale się nie obraziłem — uśmiecha się.

Wiktor złożył dokumenty o nadanie polskiego obywatelstwa ponad dwa lata temu i wciąż czeka na decyzję. Teraz liczy, że jego historia krwiodawstwa i państwowe wyróżnienie będą dodatkowym argumentem.

— Nie ma gwarancji, że to wpłynie na decyzję. Ale mam nadzieję, że będzie to plus. Już uzupełniłem swoją sprawę o tę informację — mówi.

Konsultował się w tej sprawie nawet ze sztuczną inteligencją, która potwierdziła, że odznaczenie zwiększa szanse na otrzymanie obywatelstwa.

Mimo że Wiktor otrzymał wysokie państwowe wyróżnienie i ma już wszystkie przywileje, nie zamierza przestać oddawać krwi.

— Bo nie medale i nie przywileje mnie interesują. Po prostu lubię ratować komuś życie.

Wiktor podczas ceremonii nagradzania dawców krwi. Fot. archiwum prywatne

„Zasłużyłem”

Wkrótce po wyróżnieniu Wiktora wybuchł skandal związany z odebraniem Orderu Orła Białego — państwowego odznaczenia Polski — prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu. Po tym wielu ukraińskich polityków zaczęło rezygnować z polskich odznaczeń. Wiktor mówi, że nie zamierza rezygnować ze swojej odznaki.

— Nie, oczywiście, że nie. Nie dali mi jej bez powodu. Zasłużyłem na nią — podkreśla.

Polski sąd wstrzymał przekazanie ojcu na Białoruś siedmioletniego chłopca z rodziny zastępczej. Dziecko ma w Polsce ochronę międzynarodową

Polski sąd wstrzymał przekazanie ojcu na Białoruś siedmioletniego chłopca, który wychowuje się w rodzinie zastępczej i wcześniej otrzymał w Polsce ochronę międzynarodową. O sprawie opowiedziała opiekunka dziecka Anna Konowałowa.

Aleś (imię zmienione) przyjechał do Polski z mamą i starszym przyrodnim bratem w 2021 roku. Kobieta wyjechała z powodów politycznych i otrzymała w Polsce ochronę międzynarodową. Razem z nią status ten otrzymali także jej synowie. Ojciec Alesia został na Białorusi, ale zachował prawa rodzicielskie.

Później, z powodu problemów z narkotykami, matka zostawiła chłopców. Kiedy szukano dla nich rodziny zastępczej, Annie zaproponowano, by została ich opiekunką. W tym czasie wychowywała wnuka i wnuczkę — dzieci aktywistki Antoniny Konowałowej, która była wówczas więźniarką polityczną. Została zwolniona w grudniu 2024 roku. Anna zgodziła się przyjąć obu chłopców. Młodszy miał wtedy cztery lata, ale znacznie odstawał od rówieśników.

— Nie umiał biegać, skakać, korzystać z toalety, nie rozumiał, czym jest książka czy kolorowanka — wspomina Anna w rozmowie z MOST. — A teraz jestem z tego chłopca dumna — mówi kobieta i wymienia osiągnięcia dziecka: — Ma tylko jedną piątkę, a reszta to szóstki (w Polsce obowiązuje sześciostopniowa skala ocen. — przyp. MOST).

W 2024 roku matka chłopców zmarła. Dzieci pozostały w rodzinie zastępczej. Nadal są objęte ochroną międzynarodową.

„Przy mnie dziecko poznawało tatę”

Anna przyznaje, że sama uważała, iż Aleś powinien mieszkać z biologicznym ojcem. Mówi, że w jej rodzinie tak było przyjęte.

— Przy mnie dziecko poznawało tatę [na nowo] — opowiada.

W 2023 roku mężczyźnie pomogli uzyskać wizę. Co półtora–dwa miesiące przyjeżdżał do syna. Później wiza wygasła i przez cały rok nie przyjeżdżał, choć od czasu do czasu rozmawiał z chłopcem przez internet.

Następnie ojciec zdecydował, że chce zabrać syna do siebie, i złożył wniosek do sądu w Warszawie. W marcu sąd postanowił przekazać dziecko ojcu, uznając, że nie stanowi on dla niego zagrożenia. Decyzja miała zostać wykonana 27 czerwca — w pierwszy dzień wakacji szkolnych w Polsce.

„Gdyby ojciec zabrał dziecko, apelacja nie miałaby już sensu”

Anna jest przekonana, że przekazanie dziecka na Białoruś byłoby dla niego ogromnym stresem. Zwraca też uwagę, że mechanizm ochrony międzynarodowej — choć przyznanej w związku ze sprawą matki — nadal obowiązuje i pozostaje podstawą legalnego pobytu dziecka w Polsce. W związku z tym, jej zdaniem, nie można odsyłać go na Białoruś.

— Mówił: „Przecież dobrze się uczę. Dlaczego chcą mnie oddać na Białoruś?” — wspomina Anna reakcję dziecka. I dodaje: — Ojciec zabiera go tam, gdzie nic już mu nie zostało.

Po pierwszej decyzji sądu Anna złożyła apelację. 24 czerwca sąd uchylił przekazanie chłopca, zaplanowane na 27 czerwca.

Anna podkreśla, że to tylko decyzja pośrednia w sporze o ustalenie miejsca pobytu dziecka. Pozwala jednak dalej rozpatrywać sprawę.

— Gdyby ojciec zabrał dziecko 27 czerwca, apelacja nie miałaby już sensu. Nie oddałby dziecka — uważa kobieta.

KGB wzywa rodziców emigrantów, żeby zwerbować ich dzieci. Co robić w takiej sytuacji?

KGB kontaktuje się z Białorusinami, którzy wyjechali z kraju, przez ich rodziców pozostających w Białorusi i próbuje ich zwerbować. W ostatnich tygodniach obrońcy praw człowieka dowiedzieli się o kilku takich przypadkach. Kontakty do dzieci były wymagane pod pretekstem ich rzekomych związków z Centrum Nowych Idei, uznanym w Białorusi za „formację ekstremistyczną”. O sytuacji poinformowała inicjatywa Dissidentby.

We wszystkich znanych przypadkach działania funkcjonariuszy nie doprowadziły do zatrzymań.

Głównym celem KGB jest skłonienie osoby, która wyjechała z kraju, do długoterminowej współpracy. Aby zmniejszyć ryzyko, obrońcy praw człowieka radzą porozmawiać z bliskimi i prostymi słowami wyjaśnić im, że osoby szukające emigrantów nie pomagają im i nie działają w ich interesie.

Zdaniem inicjatywy Dissidentby jedną z bezpiecznych taktyk dla rodziców jest mówienie, że prawie nie kontaktują się ze swoimi dziećmi.

Obrońcy praw człowieka radzą też regularnie przypominać bliskim podstawowe zasady bezpieczeństwa:

  • nie omawiać sytuacji emigranta politycznego przez zwykłą rozmowę telefoniczną;
  • nie przekazywać jego kontaktów ani danych osobowych;
  • nie subskrybować nieznanych kanałów na czyjąś prośbę.