Po czterech latach mieszkania w Polsce Białorusin Jegor zdecydował się na wazektomię. Do zabiegu skłoniły go zmęczenie opieką nad młodszym dzieckiem i strach przed nieplanowaną ciążą w kraju, w którym aborcja jest mocno ograniczona. Opowiedział MOST, jak zapisał się na zabieg w Białymstoku, dlaczego lekarz nie próbował odwieść go od decyzji i jaką „pamiątkę” dostał po operacji.
Wazektomia to zabieg męskiej sterylizacji. Polega na zablokowaniu albo przecięciu nasieniowodów, przez co plemniki nie trafiają już do nasienia. Po wazektomii mężczyzna może mieć wytrysk, ale w płynie nasiennym nie powinno być plemników.
„Młodszy urwis za bardzo daje w kość”
Jegor ma dzieci w wieku 4 i 11 lat. Po raz pierwszy o wazektomii, czyli zabiegu męskiej sterylizacji, pomyślał dwa lata temu. Wtedy jednak nie zrealizował tego planu: sądził, że takie zabiegi wykonuje się tylko w Warszawie. Niedawno Białorusin znalazł klinikę w Białymstoku — mieście, w którym obecnie mieszka.
— Młodszy urwis nie daje wolnego czasu i za bardzo daje w kość. Oko mi drga na samą myśl, że takich urwisów mogłoby być więcej — tak Jegor wyjaśnia główny powód swojej decyzji o wazektomii.
Dodatkowym argumentem za zabiegiem było to, że w Polsce kobietom bardzo trudno jest wykonać aborcję. Po rozmowie z żoną doszli do wspólnego wniosku, że zabieg trzeba zrobić.
— To tak, jakby usunąć ząb mądrości: bez niego życie będzie prostsze. Po co się dodatkowo stresować? Jedziemy z tym — tak mężczyzna opisuje swoje emocje przed operacją.
„Lekarz przybił mi żółwika”
Zapisanie się na zabieg nie było dla Jegora trudne. W jednym z internetowych serwisów do umawiania wizyt Białorusin wybrał lekarza i dogodny termin. W momencie rejestracji nie miał jeszcze polskiego obywatelstwa, ale wystarczył numer PESEL.
Później skontaktowali się z nim pracownicy kliniki i poprosili o wykonanie badania krzepliwości krwi. Za tę usługę Jegor zapłacił 120 zł.
Z gotowymi wynikami badań przyszedł na wizytę do lekarza. Białorusinowi spodobało się, że ze strony specjalisty nie spotkał się ani z ocenianiem, ani z prośbami, by jeszcze raz dobrze przemyślał swoją decyzję.
— Lekarz zaczął rozmowę maksymalnie przyjaźnie — przywitał się słowem „siema” i przybił mi żółwika. Komunikacja była taka, żeby przełamać lody i uniknąć dużego napięcia — mówi Jegor.
Według mężczyzny „sprawdzenie, czy wie, co robi” trwało około trzech minut. Sprawdzono jego dokumenty i zapytano, ile ma dzieci.
— Kiedy rozmawiałem z lekarzem, nie było ani sekundy, w której próbowałby mnie odwieść od tej decyzji. Kiedy powiedziałem, ile mam dzieci, w ogóle nie zareagował: jak wypełniał dokument, tak dalej go wypełniał. Dwoje to dwoje — wzrusza ramionami Białorusin.
Przed operacją mężczyźnie wykonano USG, żeby sprawdzić, czy nie ma nieprawidłowości. Zalecono mu też, by pił więcej wody.
„Wszedłem, zrobiłem i tyle — relaks”
Mężczyzna przyznaje, że przed operacją czuł lekkie zdenerwowanie. Według niego można to porównać do wizyty u dentysty. Sam zabieg wykonuje się w znieczuleniu miejscowym. W odczuciu Jegora przypominało to robienie tatuażu.
— Robią małe nacięcie, potem czuć lekkie kłucie. Wszedłem, zrobiłem i tyle — relaks.
Zabieg trwał około pół godziny i kosztował mężczyznę 2,5 tys. zł. Na pożegnanie Jegorowi poradzono, by pilnował nawodnienia. Od momentu zapisania się do lekarza do wyjścia z gabinetu po wazektomii minęły trzy dni.
— Absolutnie zwyczajne, przyjazne podejście — tak Jegor opisuje kontakt z lekarzem po zabiegu.
Na pamiątkę Białorusin dostał naklejkę z rysunkiem penisa i napisem „dzielny pacjent”.
— Zupełnie jakby chwalili dzieci po wizycie u lekarza — zabawne. Mikroosiągnięcie — żartuje Jegor.
„Pierwszego dnia chodziłem jak pingwinek”
Jegor przeszedł zabieg cztery dni temu.
— Pierwszego dnia chodziłem jak pingwinek. Miałem wrażenie, jakbym poruszał się na drewnianych nogach. Poza tym nie ma żadnych fizjologicznych odchyleń — opisuje swoje samopoczucie mężczyzna.
Przez najbliższy tydzień Białorusin będzie musiał unikać wysiłku fizycznego: nie podnosić ciężkich toreb i nie chodzić na siłownię. Musi też dbać o higienę i ostrożnie pielęgnować miejsce po zabiegu.
Żeby pacjenci nie mylili kolejności działań, na pożegnanie dostają niewielką broszurę z instrukcją. Jegora ucieszyło, że zalecenia napisano zrozumiałym językiem.
Po dwóch tygodniach Białorusin będzie musiał wykonać badanie nasienia.
— Żeby sprawdzić, czy w płynie nie zostały te „białe chłopaki” — wyjaśnia mężczyzna.
Za tę opcję również będzie musiał zapłacić, ale kosztu badania jeszcze nie sprawdzał.
„Jak się uprzeć, da się to odwrócić”
Jeszcze przed operacją Jegor wiedział, że wazektomia może być zarówno odwracalna, kiedy mężczyźnie później przywraca się płodność, jak i nieodwracalna. Sam Białorusin nie zagłębiał się jednak w szczegóły.
— Wygląda na to, że nowsze warianty [wazektomii] są odwracalne. Wiem, że taka możliwość istnieje. Jeśli bardzo się chce i człowiek się uprze, to można [wszystko przywrócić] — mówi mężczyzna.
Mimo to w przewidywalnej przyszłości Jegor nie widzi sensu w przywracaniu płodności.
— Dobrze, że jest możliwość wykluczenia spontanicznych nieprzyjemności, które mogą się zdarzyć w dorosłym życiu — podsumowuje Białorusin.

