Polscy celnicy znaleźli blisko 7 tys. paczek białoruskich papierosów w samochodzie z sygnałami świetlnymi, który wjechał do Polski z Litwy — poinformowały służby celne. Kontrabanda była przewożona pojazdem pełniącym funkcję eskorty transportów ponadgabarytowych.
Samochód zatrzymano do kontroli w Budzisku na polsko-litewskiej granicy. Celnicy skierowali pojazd na prześwietlenie rentgenowskie.
W znajdującym się w kabinie miejscu do spania, a także w skrytce w podłodze, odkryto niemal 7 tys. paczek papierosów z białoruskimi znakami akcyzy. Ich wartość oszacowano na około 120 tys. złotych.
Za kierownicą siedział 42-letni obywatel Polski. W trakcie kontroli okazało się, że nie posiadał on ważnych uprawnień do kierowania pojazdami. Papierosy oraz samochód zostały zabezpieczone, a wobec kierowcy wszczęto postępowanie karne. Mężczyźnie grozi grzywna.
Wasilij i Olga zostawili na Białorusi biznes gastronomiczny i po wydarzeniach 2020 roku wyjechali z kraju. W Warszawie otworzyli własne miejsce, w którym serwowali lokalnej publiczności placki ziemniaczane, barszcz i inne potrawy dobrze znane Białorusinom. Niedawno małżeństwo zostało bohaterami projektu Magdy Gessler „Kuchenne rewolucje” — popularnego programu telewizyjnego o metamorfozach lokali gastronomicznych. W ten sposób ich Bistro 2020 zamieniło się w restaurację Galop. O tym, jak to wyglądało i co zmieniło się po telewizyjnej „rewolucji”, Wasilij opowiedział MOST.
Na Białorusi rodzina prowadziła własny biznes — miejski restaurant oraz kompleks pod miastem. Jak mówi Wasilij, działalności tej ani nie zamknęli, ani nie sprzedali, jednak nie mają już z nią nic wspólnego.
— Nazwijmy to, jak chcemy, ale wszystko zostało tam — mówi.
W Polsce małżonkowie zaczęli od pracy najemnej w gastronomii, jednocześnie przyglądając się rynkowi i zastanawiając, jak z czasem otworzyć własny lokal. Wasilij tłumaczy, że rozpoczynanie biznesu zaraz po przeprowadzce było zbyt ryzykowne.
— W obcym kraju trudno od razu coś otwierać: nie zna się rynku, marketingu ani tego, jak wszystko funkcjonuje. Można powiedzieć, że poznawaliśmy rynek od środka.
„Tutaj to nie dom: nie ma kogoś, kto w porę pomoże”
Po kilku latach pracy najemnej Wasilij i Olga zdecydowali się jednak zaryzykować i uruchomić własny projekt w Warszawie. Okazało się to trudniejsze, niż się spodziewali.
— Były problemy z lokalem: albo było drogo, albo miejsce nie pasowało, albo trzeba było jeszcze dokupić wyposażenie — mówi Wasilij. — Trzeba było znaleźć optymalne rozwiązanie — zarówno pod względem ceny, jak i lokalizacji.
Niełatwe było także pozyskanie finansowania. Rodzina nie dysponowała własnymi środkami na start, dlatego musiała szukać inwestorów.
— Tutaj to nie dom: nie ma tak, że ktoś w odpowiednim momencie pomoże — wyjaśnia.
Mimo to w 2024 roku w Warszawie powstało Bistro 2020 — pierwsza próba odbudowania przez rodzinę własnego biznesu restauracyjnego, tym razem już w Polsce.
„Placki ziemniaczane, babka — dla wielu to zwykła kuchnia”
Na początek postawili na kuchnię białoruską i podlaską, dobrze znaną samym właścicielom. Projekt jednak rozwijał się wolniej, niż zakładano. Warszawska publiczność nie postrzega białoruskich i wschodniopolskich potraw jako czegoś nowego.
— Ziemniakami w Polsce nikogo nie zaskoczysz. Placki ziemniaczane, babka — dla wielu to zwykła kuchnia — tłumaczy Wasilij.
W rzeczywistości regionalne różnice w przepisach i sposobach przygotowania istnieją, ale nie są oczywiste. Bez spójnej strategii marketingowej pozostawały niewidoczne dla gości, co uniemożliwiało rozwój w zakładanym tempie.
— A z czegoś przecież trzeba żyć, no i trzeba było rozliczać się z inwestorami — dodaje Wasilij.
Telewizyjny zwrot
Właściciele zdecydowali się zaryzykować i spróbować innej drogi — udziału w programie Magdy Gessler „Kuchenne rewolucje”. To popularny format reality show, w którym Gessler pomaga przekształcać i ratować lokale gastronomiczne w całej Polsce.
Najpierw degustuje potrawy, potem następuje publiczna krytyka (często bardzo ostra), a następnie całkowita metamorfoza lokalu — od nazwy i wystroju wnętrza po koncepcję i menu.
Bistro 2020 znalazło się w finale 31. sezonu programu i pojawiło się w 14. odcinku.
Wasilij nie może szczegółowo opowiadać o kulisach pracy nad odcinkiem. Uczestnicy podpisują umowę o zachowaniu poufności, która ogranicza możliwość komentowania zaplecza programu. Dzieli się jedynie ogólnymi wrażeniami. Jak mówi, współpraca z ekipą była raczej pozytywnym doświadczeniem.
— To ciekawe nawet z perspektywy ogólnego rozwoju. Zespół jest dobry, życzliwy, przyjemnie pracuje się z ludźmi. Nawet jeśli coś gdzieś nie gra, rozumiesz, że to reality show — bez konfliktu nie ma ciekawego odcinka — mówi.
Od ziemniaka do wyścigów
W wyniku metamorfozy Bistro 2020 zmieniło nazwę na Galop — to nawiązanie do lokalizacji lokalu, znajdującego się w pobliżu toru wyścigów konnych. Zmieniła się także koncepcja restauracji, która została oparta na motywie wyścigów i estetyce jeździeckiej.
Zmianie uległa także kuchnia. W odcinku widać, jak Magda Gessler proponuje odejście od regionalnej gastronomii na rzecz bardziej złożonego, restauracyjnego menu. Pojawiają się w nim dania z cielęciny i wołowiny, kanapki w formule five o’clock tea, buliony oraz mięsne propozycje wymagające wyższych umiejętności kulinarnych.
Zmienia się także wizualny charakter lokalu: wnętrze stało się bardziej kameralne i klubowe — z ciepłą kolorystyką, cięższymi tkaninami i nienachalnymi detalami, które wspierają nową koncepcję. To miejsce jest dziś skierowane nie do diaspory, lecz do polskiej publiczności.
— Zmieniło się menu, zmienił się profil klientów, zmienili się goście. Jeśli wcześniej było to mniej więcej pół na pół — Polacy i Białorusini — to teraz przeważa polska publiczność. Białorusini jednak nadal przychodzą — mówi. Dodaje, że część gości wraca właśnie dlatego, że zna historię miejsca. Jedni pamiętają Bistro 2020, inni dowiedzieli się o nim po emisji odcinka.
„Według statystyk większość nie przetrwa nawet roku”
Restauracja działa już ponad rok — to okres, który w branży gastronomicznej uchodzi za wyznacznik stabilności.
— Bardzo wiele restauracji się otwiera i szybko zamyka. Według statystyk większość nie przetrwa nawet roku — mówi Wasilij.
Dodatkowym filarem projektu stał się catering, który pozwala zrekompensować niestabilność pracy sali i przetrwać okresy mniejszego ruchu.
Jak podkreśla Wasilij, pod względem finansowym projekt wciąż jest w fazie rozwoju. Znaczna część środków przeznaczana jest na promocję i reklamę, a zainwestowanych pieniędzy nie udało się jeszcze w pełni odzyskać.
— Najważniejsze, że jesteśmy, działamy i robimy swoje — podsumowuje.
W Polsce zatrzymano trzech obywateli tego kraju oraz dwóch Rosjan pod zarzutem importu objętej sankcjami białoruskiej i rosyjskiej sklejki. Aby ominąć ograniczenia, mieli stosować różne schematy, za co grozi im obecnie od trzech do 30 lat pozbawienia wolności. O śledztwie poinformowała Prokuratura Okręgowa w Gdańsku.
Śledczy wskazali kilka głównych sposobów obchodzenia sankcji. Początkowo, w okresie przejściowym, gdy importerzy mogli jeszcze realizować wcześniej zawarte kontrakty, przedsiębiorcy sprowadzali towar na podstawie umów, które rzekomo zostały wcześniej podpisane z białoruskimi i rosyjskimi firmami.
Po zakończeniu okresu przejściowego zaczęli stosować nowe metody. Po pierwsze, ukrywali rzeczywiste pochodzenie produktów, oznaczając je jako wytworzone w Kazachstanie i Turcji. Po drugie, zmieniali kody celne w taki sposób, aby importować sklejkę jako towary nieobjęte sankcjami.
Zarzuty usłyszeli trzej obywatele Polski — 64-letni Franciszek W., 48-letni Marian K. oraz 56-letni Piotr K. — a także dwaj obywatele Rosji: 43-letni Aleksandr P. i 57-letni Siergiej M.
Prokurator wnosił o zastosowanie wobec podejrzanych trzymiesięcznego aresztu tymczasowego, jednak sąd nie podzielił obaw, że pozostając na wolności mogliby oni utrudniać postępowanie. Prokurator zaskarżył decyzję o odmowie zastosowania aresztu.
Czyny zarzucane mężczyznom należą do kategorii najpoważniejszych — w Polsce grozi za nie kara od trzech do 30 lat pozbawienia wolności. Śledczy nie wykluczają postawienia w tej sprawie kolejnych zarzutów.
W białoruskich dokumentach w rubryce „płeć” widnieje wpis „męska”. W polskich — „żeńska”. Chodzi o tę samą osobę: 29-letniego transpłciowego mężczyznę Tima Waltera. Swoją „tranzycję” zaczynał na Białorusi i kontynuował w Polsce, ale to właśnie w ojczyźnie udało mu się zmienić oznaczenie płci w paszporcie. O trudnej drodze i próbach zrozumienia samego siebie Tim opowiedział MOST.
Jeden lekarz na całą Białoruś
Tim urodził się w Mozyrzu, później przeprowadził się do Mińska, gdzie studiował i mieszkał przez około osiem lat. Do Polski przyjechał latem 2018 roku i od tego czasu żyje w Warszawie.
Datę przeprowadzki pamięta dokładnie — 31 lipca. Dzień wcześniej odbył pierwszą konsultację u seksuologa na Białorusi. Jak mówi Tim, był to jedyny specjalista w kraju, który oficjalnie pracował z osobami transpłciowymi. To spotkanie poprzedziła długa droga.
Pierwsze próby zrozumienia siebie Tim podejmował jeszcze w wieku nastoletnim. Po raz pierwszy usłyszał rozmowy o seksualności i tożsamości płciowej podczas letniego obozu w Berdiańsku. Wspomina, że właśnie wtedy zrozumiał, iż jego odczucia nie są czymś wyjątkowym ani odosobnionym. Później przyszły książki, rozmowy z partnerami i długie próby znalezienia słów, by opisać to, co czuje.
Tim Walter. Fot. z jego archiwum
„Nie czuję się dziewczyną, jestem chłopakiem”
Na Białorusi procedura zmiany płci zaczyna się od wizyty u specjalisty oraz przejścia komisji medycznej. Najpierw pacjent zmienia dokumenty — bez tego nie ma możliwości rozpoczęcia terapii hormonalnej ani podjęcia innych kroków medycznych.
Już podczas pierwszej konsultacji Tim jasno określił, po co przyszedł.
— Po prostu powiedziałem: „Nie czuję się dziewczyną, jestem chłopakiem. I chcę zmienić dokumenty” — wspomina.
Po tym lekarz postawił diagnozę F64.0 — medyczny kod transseksualizmu, który stanowi podstawę do uruchomienia procedury. Tim otrzymał skierowania do kolejnych specjalistów, których musiał odwiedzić: ginekologa, urologa, psychiatry i endokrynologa. Osobnym etapem była obserwacja w szpitalu psychiatrycznym. To doświadczenie okazało się jednak spokojniejsze, niż się spodziewał.
— Nikt nie próbował mnie „łamać” ani przekonywać. Po prostu leżysz, jesteś obserwowany. Jeśli wszystko jest w porządku, dostajesz dokument i idziesz dalej — mówi.
Wszystkie te etapy Tim przechodził już po przeprowadzce do Polski. Aby nie przerywać procesu, musiał regularnie wracać na Białoruś — mniej więcej raz na trzy miesiące. Podczas jednej wizyty starał się zaliczyć konsultacje u kilku lekarzy naraz.
Po zakończeniu wszystkich wymaganych etapów odbyło się posiedzenie komisji. Na podstawie jej decyzji Tim mógł zmienić dane w akcie urodzenia i wyrobić nowy białoruski paszport. W tym dokumencie figurował już jako mężczyzna.
Dlaczego w polskich dokumentach Tim jest kobietą
Polski system nie przewiduje automatycznego uznania zmiany płci przeprowadzonej w innym kraju. W przeciwieństwie do Białorusi procedura wygląda tu inaczej: najpierw pacjent rozpoczyna terapię hormonalną, a dopiero później zmienia imię i oznaczenie płci w dokumentach. W większości przypadków wymaga to orzeczenia sądu.
Przyjeżdżając do Polski jako kobieta, Tim zalegalizował pobyt na podstawie wcześniejszych białoruskich dokumentów — innych po prostu wtedy nie miał. Później, gdy na Białorusi otrzymał paszport z oznaczeniem płci męskiej, postanowił przejść odpowiednią procedurę także w Polsce. Próbował wyjaśnić polskim urzędom, że na Białorusi zmiana płci odbywa się bez udziału sądu oraz że posiada wymagane dokumenty medyczne i zaświadczenie z urzędu stanu cywilnego o zmianach w akcie urodzenia. To jednak okazało się niewystarczające.
— Polacy mi odmówili. Usłyszałem: „Potrzebujemy dokumentu sądowego”.
Tim takiego dokumentu nie ma. W efekcie powstała przerwa w procedurze.
Tim Walter. Fot. z jego archiwum
„Nie mogłem już po prostu siedzieć i czekać”
Gdy nadszedł moment rozpoczęcia terapii hormonalnej, Tim nie był jeszcze obywatelem Polski. Oznaczało to, że większość świadczeń medycznych — konsultacje lekarskie, badania i leki — musiał opłacać z własnej kieszeni. Okazało się to zbyt kosztowne.
— Nie mogłem już po prostu siedzieć i czekać. Musiałem zacząć, bo inaczej po prostu bym zwariował — mówi.
W rozpoczęciu terapii pomogła Timowi międzynarodowa organizacja wspierająca osoby transpłciowe z krajów postsowieckich. Dzięki niej mógł skontaktować się z endokrynologiem i otrzymać pierwsze zalecenia.
Pierwszy zastrzyk testosteronu Tim otrzymał 31 sierpnia 2020 roku. Od tego momentu pozostaje już pod opieką lekarzy w Polsce — regularnie wykonuje badania i koryguje terapię.
„Nikt szczególnie nie mówi, że można przestać brać hormony”
Tim przyjmował testosteron przez około pięć lat. Z czasem zaczął zauważać negatywne skutki, przede wszystkim silne wypadanie włosów oraz emocjonalne zobojętnienie. Przez blisko dwa lata obserwował swój stan i ostatecznie podjął decyzję o zakończeniu terapii.
— Nikt szczególnie nie mówi, że hormony można odstawić. Wszyscy są przyzwyczajeni do myślenia, że jeśli się zacznie, to już na zawsze — mówi Tim.
Kolejnym czynnikiem był koszt terapii. Najtańszy wariant testosteronu kosztował około 120 złotych na dwa i pół miesiąca, droższe — nawet do 600 złotych na trzy miesiące. Do tego dochodziły wydatki na badania — na przykład USG kosztowało około 100–150 złotych i trzeba było wykonywać je co kilka miesięcy.
„Sam bym tego nie udźwignął”
Z zabiegów chirurgicznych Tim zdecydował się jedynie na operację usunięcia piersi — mastektomię. Można ją było przeprowadzić w ramach publicznego systemu ochrony zdrowia, ale dopiero po zmianie polskich dokumentów na drodze sądowej. To wydało się Timowi zbyt skomplikowane, dlatego postanowił opłacić zabieg prywatnie. Główną część kosztów — około 14 tys. złotych — udało się zebrać dzięki wsparciu przyjaciół, znajomych oraz osób z queerowej społeczności.
— To było możliwe tylko dlatego, że miałem wokół siebie ludzi. Sam bym tego nie udźwignął — mówi.
Operacja odbywała się w dwóch etapach. Po pierwszym zabiegu konieczna była korekta, na którą zbierano środki osobno — kolejne około 8 tys. złotych.
Innych operacji Tim nie przeszedł i nie planuje.
— Nie muszę dalej ingerować w swoje ciało. Z tym jest mi w porządku — wyjaśnia.
Tim Walter. Fot. z jego archiwum
„Na pewno? Na sto procent? Jesteś pewien?”
Reakcja rodziców na decyzję Tima nie była gwałtowna, ale on sam nie nazywa jej wsparciem. Jak mówi, nie doszło do otwartego konfliktu, jednak pojawiło się wiele wątpliwości i pytań. Mama — wspomina Tim — wielokrotnie dopytywała, czy na pewno jest przekonany do swojej decyzji.
— Cały czas to samo: „Na pewno? Na sto procent? Jesteś pewien?” — opisuje.
Z kolegami z pracy jeszcze w Mińsku, przed rozpoczęciem terapii hormonalnej, dochodziło do konfliktów i napiętych sytuacji. To właśnie one stały się jedną z przyczyn wyjazdu z Białorusi.
Po rozpoczęciu terapii hormonalnej — jak mówi Tim — relacje z ludźmi stały się prostsze. Większość znajomych z czasem przyzwyczaiła się do jego nowej tożsamości.
— Ludziom czasem po prostu potrzeba czasu — mówi Tim.
29 grudnia biathlonistka Daria Dolidowicz skończyła 21 lat. Mówi, że niczego nie będzie sobie życzyć. Białorusinka, której w ojczyźnie „zamknięto” sportową karierę, przygotowuje się do debiutu w Pucharze Świata — najważniejszym cyklu zawodów w biathlonie. Startować będzie w statusie uchodźczyni. Daria opowiedziała MOST o przeprowadzce do Polski, przejściu z biegów narciarskich do biathlonu oraz o tym, dlaczego — gdyby nie ojciec — być może zakończyłaby sportową drogę.
Emigracja Darii zaczęła się w lutym 2022 roku — tuż przed rozpoczęciem pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Razem z rodziną sportsmenka znalazła się w Polsce. To właśnie tutaj rozpoczęła się jej biathlonowa kariera — wcześniej startowała w biegach narciarskich.
— Wcześniej miałam przejść testy w biathlonie u Władimira Aleniszki, ale trener wyjechał na Litwę (w 2025 roku Aleniszce cofnięto zezwolenie na pobyt na Litwie, uznając go za zagrożenie dla państwa — przyp. MOST). Później, jak wiadomo, nie pozwalano mi startować na Białorusi w biegach narciarskich. A gdy przyjechałam do Polski, legendarna biegaczka Justyna Kowalczyk, która wówczas pracowała w polskim biathlonie, zaproponowała mi zmianę dyscypliny. Z radością się zgodziłam — wspomina Daria.
Dolidowicz, która wcześniej nigdy nie trzymała w rękach karabinu, zaczęła sobie radzić coraz lepiej. Wygrała nawet młodzieżowe mistrzostwa Polski w letnim biathlonie. Później jednak, z powodu wewnętrznych kwestii organizacyjnych, na niemal dwa lata wypadła z dużego sportu.
— Nie pozwolono mi trenować z młodzieżową reprezentacją — mówi krótko Daria, nie wchodząc w szczegóły. — Potem nadszedł trudny okres. Czasami zmuszałam się do treningów, ale to zdecydowanie nie wystarczało. Bez rywalizacji nie da się robić postępów, a mnie — ze względu na charakter — bardzo trudno pracuje się w pojedynkę.
„Polała się łza, gdy poznałam ostateczny wynik”
Ojciec Darii, znany biegacz narciarski Siergiej Dolidowicz, postanowił do końca walczyć o sportową karierę córki. W efekcie w ubiegłym roku urodzona na Białorusi zawodniczka została pierwszą na świecie biathlonistką, która otrzymała prawo startów w statusie uchodźczyni. Dolidowicz rywalizowała w kategorii juniorek. Jej najlepszym wynikiem było 32. miejsce w sprincie na mistrzostwach świata.
— Oczywiście bez solidnego przygotowania letniego było trudno. Bolało mnie to, że wyprzedzały mnie dziewczyny młodsze ode mnie. Ale zdobyłam swoje pierwsze pełnoprawne doświadczenie startowe — mówi.
Od lata 2025 roku była biegaczka narciarska trenuje z zapleczową reprezentacją Polski — dzięki środkom Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który przyznał jej stypendium na przygotowania.
Daria Dolidowicz. Fot. z jej archiwum
Tej zimy Daria weszła na nowy poziom i zaczęła startować wśród seniorek w Pucharze IBU — drugiej pod względem rangi serii zawodów po Pucharze Świata. Podczas etapu we włoskim Ridnaun Dolidowicz niespodziewanie zajęła 11. miejsce w sprincie w gronie 106 zawodniczek, nie popełniając ani jednego błędu na strzelnicy.
— Naprawdę uroniłam łzę, gdy poznałam końcowy wynik! Nie wierzyłam własnym oczom… Chyba właśnie wtedy przyszło zrozumienie, że wszystkie trudy ostatnich lat nie poszły na marne. I do tego strzelanie bezbłędne — to dla mnie w tej chwili ogromne osiągnięcie — mówi.
Dzięki 11. miejscu w Ridnaun Białorusinka wystąpi w styczniu przyszłego roku w gronie najlepszych biathlonistek świata — w Pucharze Świata.
— Dosłownie dzień przed naszą rozmową dostałam potwierdzenie, że mogę wystartować w sprincie w niemieckim Oberhofie. Oczywiście to bardzo miłe. Pewnie nie jestem jeszcze w stanie rywalizować z absolutną czołówką, ale będę walczyć z pozostałymi. Wiem, że pod względem biegu narciarskiego jest u mnie całkiem dobrze. Kluczowa będzie jednak stabilność na strzelnicy.
„Litość to ostatnia rzecz, której potrzebuję”
Dolidowicz podkreśla, że nie przeszkadza jej skrót BRT (Biathlon Refugee Team — drużyna uchodźców), pod którym startuje.
— Jaka ze mnie uchodźczyni… Raczej mnie to bawi. Czuję się częścią reprezentacji Polski, więc nie ma dla mnie znaczenia, co jest wpisane w protokole. Zawodnicy z innych ekip może i byli ciekawi, co kryje się za skrótem BRT, ale nigdy mnie o to nie pytali — mówi.
Na razie w światowym biathlonie nie ma innych „uchodźców”. Daria wspomina jednak sytuację, gdy ktoś okazał jej współczucie z powodu obecnego statusu.
— To było mniej więcej rok temu. Zazwyczaj akredytację odbierał za mnie trener reprezentacji Polski, ale tym razem zapomniał i musiałam zgłosić się sama. Przedstawiciele kadry Kazachstanu to zobaczyli i zaczęli mówić: „Oj, biedna, jeszcze sama załatwia akredytację”. Ja tylko się śmiałam. Litość to ostatnia rzecz, której potrzebuję.
„Lubię strzelać, ale brakuje mi doświadczenia”
Jak mówi Dolidowicz, strzelanie w pozycji leżącej idzie jej „całkiem dobrze”. Znacznie więcej znaków zapytania wciąż dotyczy strzelania stojąc.
— Trening na sucho (ćwiczenia strzeleckie bez użycia ostrej amunicji — przyp. MOST) jest mi niezwykle potrzebny, choć czasem nie mogę już patrzeć na te tarcze. Po nieudanym strzelaniu bywam tak rozczarowana, że zaczynam myśleć o biegach narciarskich, gdzie na końcowy wynik wpływa mniej czynników. W biathlonie możesz być świetnie przygotowana fizycznie, ale jeśli nie „pójdzie” strzelanie — to koniec — mówi.
Problemem nie jest wyłącznie fakt, że Daria trzyma karabin w rękach od niespełna dwóch lat. Swoje robi także jakość samej broni, co wyraźnie odbija się na celności.
— Mój obecny karabin ma około 30 lat. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie uda się przynajmniej wymienić osadę. Lubię strzelać, ale brakuje mi doświadczenia, a wraz z nim koncentracji na detalach: raz pociągnę spust w niewłaściwym momencie, innym razem źle ustawię ramię. Trener mówi, że wszystko przyjdzie z czasem.
Daria Dolidowicz podczas mistrzostw Polski. 28 grudnia 2025 roku. Fot. Facebook Polski Związek Biathlonu
Tak czy inaczej Daria nie żałuje zmiany dyscypliny.
— W biegach narciarskich monotonia mnie zabijała. W biathlonie jest więcej adrenaliny.
„Czasem trudno z żartami”
Daria mówi, że coraz bardziej czuje się częścią zespołu, z którym trenuje.
— Oczywiście mój polski nie jest jeszcze idealny. Czasami wstydzę się rozmawiać na tematy niezwiązane ze sportem. Bywa też trudno z żartami: tłumaczę coś z rosyjskiego na polski, a ludzie się nie śmieją. Dopiero potem rozumiem, że dosłowne tłumaczenie w takich sytuacjach nie ma sensu. Ale z prawie wszystkimi mam dobry kontakt — mówi.
Dolidowicz w przyszłości chciałaby reprezentować Polskę.
— Miejscowa federacja biathlonu jest mną zainteresowana. Rozmawialiśmy o możliwości uzyskania polskiego paszportu. Wkrótce złożę dokumenty, a potem pozostanie czekać. Myślę, że to realne.
„Ojciec zrobił wszystko, jak trzeba”
W przerwach między zgrupowaniami treningowymi a zawodami Dolidowicz trenuje w Zakopanem pod okiem ojca. Daria jest mu za to bardzo wdzięczna.
— Gdyby nie on, dawno skończyłabym z tym sportem. Tata bardzo we mnie wierzy. Wie pan, wcześniej trudno było mi z nim trenować. Bardziej patrzył na mnie jak na zawodniczkę niż jak na córkę. Tak było też w domu — ciągłe rozmowy o sporcie. To mnie przytłaczało: potrzebowałam przede wszystkim ojcowskiej troski. Myślę, że dziś lepiej odnajdujemy równowagę. Zresztą widzę, że w Polsce uczniowie w szkole sportowej bardzo go lubią.
Daria Dolidowicz. Fot. IBU / Deubert, Koksarov
Daria wspomina, że początek emigracji był dla niej bardzo trudny. Tęskniła za domem w Mińsku, przyjaciółkami i znanym sobie otoczeniem.
— Oczywiście były kłótnie z tatą na tle wyjazdu. Brakowało mi wtedy zaledwie kilku miesięcy, żeby skończyć szkołę… Z czasem zrozumiałam jednak, że zrobił wszystko właściwie. Skoro sportsmenka Dolidowicz okazała się na Białorusi niepotrzebna, to niech teraz gryzą łokcie. Kiedyś takie podejście mnie bolało, a dziś jestem nawet wdzięczna ludziom, którzy postawili na mnie krzyżyk. Dziękuję im — bez cienia sarkazmu.
„Sportu w domu prawie nie oglądam”
W Polsce rodzina Dolidowiczów mieszka tuż obok Zakopanego — we wsi Kościelisko. Daria przyznaje, że brakuje jej dużych miast.
— Gdybym mogła, przeprowadziłabym się do Krakowa, Warszawy albo Katowic. W Zakopanem jest wielu turystów, którzy jeżdżą na nartach albo chodzą po górach, ale to jednak nie to samo. Czasem chce się widzieć więcej ludzi i czuć, że życie tętni. Choć w biathlonie zawody często odbywają się właśnie w miejscach podobnych do Kościeliska.
Dolidowicz mówi, że potrafi „wyłączyć głowę” po treningach i startach.
— Sportu w domu prawie nie oglądam. Nie mam też szczególnych pasji. Czasem poczytam książkę albo pogram w gry.
„Chciałam się pokazać i wyprzedzić te, z którymi wcześniej przegrywałam”
Jak mówi Daria, jej najbliższym celem jest dalszy rozwój i poprawienie najlepszego dotychczas wyniku.
— W tym sezonie chciałam się pokazać, dostać szansę na pełnowartościowe treningi i wyprzedzić dziewczyny, z którymi przegrywałam w ubiegłym roku. Latem — chyba po raz pierwszy — trenowałam z kadrą naprawdę bardzo ciężko. Momentami wydawało mi się, że ciało nie wytrzyma obciążeń. Ale ta praca przyniosła efekty. Będę starała się poprawić strzelanie i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się przejść wszystkie cztery strzelania bez pudła.
Białorusinka nie ukrywa, że marzy o starcie na igrzyskach olimpijskich. Najprawdopodobniej nie stanie się to jednak w 2026 roku.
— Razem z trenerem próbowaliśmy dowiedzieć się, czy w obecnym statusie uchodźczyni mogłabym wystąpić już na igrzyskach we Włoszech. Nie uzyskaliśmy jednak konkretnej odpowiedzi. Dano nam jedynie do zrozumienia, że to jeszcze za wcześnie.
Wielu białoruskich więźniów politycznych uwolnionych i deportowanych 13 grudnia wciąż pozostaje rozdzielonych ze swoimi rodzinami. Z myślą o nich w Domu Białoruskim w Warszawie zorganizowano spotkanie bożonarodzeniowe. W wydarzeniu wzięło udział około 30 osób. Na miejscu była także dziennikarka MOST, która rozmawiała z byłymi więźniami politycznymi o tym, jakie było dla nich pierwsze Boże Narodzenie na wolności i dlaczego u wielu wciąż brakuje świątecznego nastroju.
Organizatorzy zdecydowali się nie na klasyczny świąteczny stół, lecz na formułę bufetu: goście nie siedzą przy stołach, lecz poruszają się po sali z talerzami i kubkami. Tu i ówdzie tworzą się małe grupy, rozmowy płynnie przechodzą jedna w drugą. Ktoś je w samotności, opierając się o ścianę lub parapet, ktoś inny wychodzi na kilka minut, po czym wraca.
Ten format nieoczekiwanie okazał się spójny z nastrojem uczestników: nikt nie czuje jeszcze stabilizacji ani miejsca, w którym mógłby na dłużej się zakorzenić. Wszystko wydaje się tymczasowe — jedzenie, rozmowy, a nawet poczucie święta.
Wielu z obecnych odmawia rozmowy z dziennikarzami — mówią, że nie są jeszcze gotowi, albo że chcą spędzić ten czas w ciszy.
Wśród zaproszonych są politolog Aleksandr Feduta, który czyta wiersze, oraz prawnik Maksim Znak, który przyszedł z gitarą. Obaj również zostali uwolnieni 13 grudnia. Gdy Znak wykonuje znane utwory, m.in. „Try czarapachi”, zgromadzeni zaczynają śpiewać razem z nim. Część piosenek napisał w więzieniu — dla publiczności to ich premierowe wykonanie. Oklaski nie pojawiają się od razu: najpierw krótka pauza, potem powściągliwe brawa.
„Życie jest podzielone między kilka punktów na mapie”
Władimir spędził za kratami ponad pięć lat, z czego większość w więzieniu w Mohylewie. Przed pozbawieniem wolności obchodził zarówno Boże Narodzenie (jego rodzina jest protestancka), jak i Nowy Rok. Najważniejszym świętem pozostawał jednak Nowy Rok — „bo tak się ułożyło w społeczeństwie”.
— Teraz moje życie jest podzielone między kilka punktów na mapie. Żona i młodszy syn mieszkają w Poznaniu, dwoje dorosłych dzieci zostało na Białorusi — mówi Władimir.
Na razie nie przeprowadza się do rodziny. Tłumaczy, że żona i syn żyją w trudnych warunkach i nie chce dokładać im kolejnego obciążenia. W Polsce został zakwaterowany w hotelu.
— Nowy Rok spędzimy razem. Jeśli rodzina będzie chciała, na pewno ubierzemy choinkę — mówi. — Choć sam podchodzę do tej tradycji krytycznie. Ale ubieranie choinki i tak przenosi mnie do dzieciństwa. Wydaje mi się ważne, by umieć pozwolić swojemu dziecku dorosnąć, a jednocześnie zachować w sobie cząstkę tego dzieciństwa.
Sałatkę z groszkiem i lamington
Na święta Władimir poprosił żonę, by koniecznie przygotowała sałatkę z groszkiem.
— Przysmak z czasów Związku Radzieckiego — mówi z ironią. — Poza tym w ogóle lubię wszystko z groszkiem.
Sam chce przygotować lamingtona — australijski deser: biszkopt w kształcie prostokąta, pokryty czekoladową polewą i obtoczony w wiórkach kokosowych.
Władimir bardzo lubi gotować i z przyjemnością pomaga żonie.
— Gotowanie to dla mnie kolejna forma twórczości — mówi.
Mężczyzna pisze wiersze, gra na fortepianie i podkreśla, że w kuchni, podobnie jak przy instrumencie, liczą się uwaga i precyzja.
„Terytorium wroga”
Władimir nie chciałby dziś świętować w Białorusi.
— To teraz terytorium wroga — mówi. — Terytorium, które odebrało ogromnej liczbie ludzi samo poczucie zbliżających się świąt.
Świątecznego nastroju Władimir wciąż nie odczuwa. Tłumaczy to tym, że „mózg jeszcze nie przystosował się do wolności” — nie szuka radości, lecz spokoju i wyciszenia. Właśnie dlatego chętnie przyszedł na bożonarodzeniowy obiad — nie po zabawę, lecz po poczucie wspólnoty i jedności ducha.
Jak wyglądał Nowy Rok za kratami
W więzieniu Nowy Rok obchodzono raczej symbolicznie — wspomina rozmówca. O północy administracja przynosiła herbatę i papierosy i to uznawano za świętowanie.
W kolonii karnej czasem pojawiały się torty — robione przez samych osadzonych z tego, co udawało się dostać w paczkach: herbatników, mleka skondensowanego, cukru, czasem kakao i orzechów.
— Herbatniki kruszono, mieszano z mlekiem skondensowanym do gęstej masy, formowano coś na kształt blatu ciasta i posypywano cukrem albo okruchami. Taki tort dzielono między wszystkich — wspomina Władimir.
Jak wyglądał Nowy Rok za kratami
W więzieniu Nowy Rok obchodzono raczej formalnie — wspomina rozmówca. O północy administracja przynosiła herbatę i papierosy i to uznawano za świętowanie.
W kolonii karnej czasem pojawiały się torty — robione przez samych osadzonych z tego, co udawało się otrzymać w paczkach: herbatników, mleka skondensowanego, cukru, czasem kakao i orzechów.
— Herbatniki kruszono, mieszano z mlekiem skondensowanym do gęstej masy, formowano coś na kształt blatu ciasta i posypywano cukrem albo okruchami. Taki tort dzielono między wszystkich — wspomina Władimir.
„Święto to moment, kiedy nie trzeba się spieszyć”
Władysław (imię zmienione) przez większość czasu trzyma się nieco na uboczu. Za każdym razem, gdy dopije colę lub kawę, zanosi szklankę albo filiżankę do kuchni i dokładnie ją myje — nie zostawia naczyń na stole i nie oddaje ich wolontariuszom. Robi to automatycznie, jakby było to oczywiste.
— Tam [w kolonii] po sobie zawsze sprząta się od razu — wyjaśnia. — Ten nawyk zostaje.
Mówi, że w więzieniu święta były odczuwane inaczej — nie jako radość, lecz jako wyznacznik czasu. Noс sylwestrowa była przede wszystkim zmianą daty: minął kolejny rok. Boże Narodzenie niemal nie różniło się od zwykłego dnia — chyba że udało się na chwilę pozostać w ciszy.
— Kiedy jesteś tam, święto to nie choinka i nie jedzenie — mówi Władysław. — Święto to moment, kiedy nie trzeba się spieszyć. Kiedy nikt nie pogania i można spokojnie dopić herbatę.
Tutaj, na bożonarodzeniowym bufecie, najbardziej zaskakuje go właśnie brak pośpiechu. Można stać z kubkiem kawy tak długo, jak się chce, wyjść z sali, wrócić, znów nalać sobie napoju — i nikt nie pyta, po co.
— W tym roku nie mam ani Bożego Narodzenia, ani Nowego Roku w tradycyjnym sensie — przyznaje. — Święta zawsze były o swoich, a swoich teraz nie ma obok. Ale mam poczucie, że ich nie omijam. Po prostu przeżywam ten czas inaczej.
Jak dokładnie będzie witał Nowy Rok, Władysław jeszcze nie wie.
Gdy Maksim Znak śpiewa znane piosenki, a goście podchwytują melodię, Władysław najpierw słucha w milczeniu. Potem, niemal niezauważalnie, dołącza jedną linijką. A gdy dopije kawę, znów idzie umyć filiżankę.
— Dla mnie wolność jest teraz właśnie w tym — mówi. — Zrobiłem coś i sam po sobie posprzątałem. I nikt nie patrzy, czy robię to „właściwie”. Chyba to jest moje święto.
Po ponownym otwarciu przejść granicznych Kuźnica — Brużgi oraz Bobrowniki — Brzostowica zmienił się także Białystok — najbliższe duże polskie miasto położone w ich sąsiedztwie. Pojawiły się nowe szyldy, wyraźnie skierowane do przyjezdnych, a firmy zaktualizowały reklamę zewnętrzną, dodając informację o możliwości zwrotu VAT. Dziennikarka MOST przespacerowała się po mieście i zapytała przedsiębiorców, czy odczuli wzrost liczby klientów z Białorusi.
„A to co, granicę już otworzyli?”
Dzień był słoneczny, na ulicach panował ruch, a sklepy mieniły się banerami z informacjami o promocjach dla tych, którzy jeszcze nie zdążyli kupić świątecznych prezentów. Apteka z wielkim banerem na całej ścianie reklamowała zwrot VAT dla turystów.
— Szczerze mówiąc, Białorusini w ogóle do nas nie zaglądają — uśmiecha się nieco zakłopotana farmaceutka i prosi, byśmy opowiedzieli o aptece jej rodakom. — Nie zauważyliśmy, żeby po otwarciu granic ruch się zwiększył. Może wasi rodacy załatwiają „vaty” (zwrot VAT — przyp. MOST) w aptekach przy dworcu?
Reklama apteki w Białymstoku, w której można otrzymać zwrot VAT. Fot. MOST
W sklepie ze sprzętem do rehabilitacji medycznej jest niemal pusto. Sprzedawczyni rozmawia z jedynym klientem. W ofercie są kule, specjalistyczne materace przeciwodleżynowe oraz wózki inwalidzkie. Pytamy, jak otwarcie polsko-białoruskiej granicy wpłynęło na handel.
— A co, granicę już otworzyli? A kiedy? — sprzedawczyni jest wyraźnie zaskoczona. Wzrusza ramionami: — Wcześniej tak, Białorusini przyjeżdżali — kupowali głównie odzież medyczną. Teraz jednak do nas nie zaglądają.
Widok sklepu ze sprzętem medycznym w Białymstoku. Fot. MOST
„Cienkie, grube — jakie palisz?”
Niedaleko dworca kolejowego znajduje się kompleks handlowy Madro. Asortyment raczej nie zainteresuje tych, którzy przyjeżdżają z Białorusi na zakupy: skarpety, bielizna, gumowe kalosze.
— Jacy Białorusini, o czym wy mówicie? — macha rękami sprzedawczyni. — Nawet wcześniej nie było ich tu wielu — jeździli głównie na targ kawaleryjski.
Nieznajomy w puchowej kurtce szybko omiata wzrokiem osoby wchodzące do środka.
— Papierosy? — pyta półgłosem.
— A białoruskie są?
Jego towarzyszka, szeleszcząc pogniecioną torbą, odpowiada, że sprzedają wyłącznie polski towar. Po krótkich namowach jednak ustępuje: białoruskie papierosy też się znajdą.
— Ile paczek? Cienkie, grube — jakie palisz?
Gdy jednak słyszą, że nie mamy gotówki i chcemy zapłacić kartą, sprzedawcy tracą zainteresowanie i szybko znikają z miejsca.
Targowisko Madro. Fot. MOST
„Będzie nadbagaż — po co tyle dźwigasz?”
Targ kawaleryjski to jedno z najpopularniejszych wśród Białorusinów miejsc w Białymstoku.
Ludzi jest niewielu, z dachów straganów kapie woda, a sprzedawczyni, otulona wełnianą chustą, czeka na klientów. Starszy sprzedawca oferuje zasłony z wizerunkiem Świętego Mikołaja.
— Białorusini w ogóle nie przyjeżdżają, nawet po otwarciu granic. Wiem, że teraz macie problemy z uzyskaniem wiz — wzdycha.
Targ kawaleryjski. Fot. MOST
Sprzedawcy artykułów kuchennych na sąsiednim stoisku wiedzie się lepiej: podbiegają do niego dwie energiczne kobiety. Jedna z nich, ściskając w dłoni dolary, idzie do kantoru. Druga wydaje polecenia.
— Tak, potrzebuję dwóch patelni, ale porządnych. Pokaż tę! — kobieta pociera palcem powłokę, sprawdzając jej trwałość.
Na targ kawaleryjski Białorusinki przyjechały z Mińska. Mówią, że po otwarciu granic jeżdżą do Białegostoku co tydzień i są zadowolone z asortymentu. Na rozmowę nie mają jednak czasu: autobus wkrótce odjedzie, a one muszą jeszcze zdążyć do sklepu ze słodyczami i chemią gospodarczą.
— Będziesz mieć nadbagaż, tylko pięć kilogramów można, po co tyle dźwigasz? — mruczy jedna z koleżanek.
Targ kawaleryjski. Fot. MOST
„Kawaleryjski ożył”
W niewielkim sklepiku panuje tłok. Mężczyzna, konsultując się przez telefon, wybiera kawę. Słoik wypada mu z rąk i toczy się po podłodze — Białorusin głośno przeklina.
— Mieszkam w Białymstoku — czekam na dokumenty. Ale powiem wam jedno: Kawaleryjski ożył. Nie ma porównania z tym, co było przed otwarciem granic. Proszę spojrzeć — tam wszystkie samochody będą na białoruskich numerach rejestracyjnych — mówi.
Sprzedawczyni nabija na kasę czekolady — za dwie 200-gramowe tabliczki wychodzi 27 złotych.
— Wczoraj szukali mnie klienci — pięć lat tu nie przyjeżdżali. A teraz, gdy granicę otworzyli, przyjechali. Ogólnie jednak nie powiem, że Białorusinów nagle jest dużo więcej — nawet ich nie liczyłam — tłumaczy.
„Kiedyś Białorusini wozili i alkohol, i papierosy”
Na parkingu przy targu w dzień powszedni panuje ruch. Polskie tablice rejestracyjne przeplatają się z białoruskimi. Słychać urywki rozmów po rosyjsku. Ludzie co chwilę pakują torby do busów.
— Tak, przyjechaliśmy na zakupy. Ale nam się nie spodobało, Kawaleryjski nie jest już taki jak kiedyś — dzieli się wrażeniami jeden z pasażerów. — Asortyment to ch***ia, a w kolejce [na granicy — MOST] też swoje odczekaliśmy.
Uśmiechnięty sprzedawca walizek zapewnia, że ma „wszystko, czego potrzeba”. Gdy słyszy, że walizka nie jest nam potrzebna, proponuje rower — odda za jedyne 50 złotych.
— Nie ma Białorusinów, nie przyjeżdżają. A wcześniej wozili i alkohol, i papierosy — wszystko, co się dało. Co będzie z tym targiem, nie wiem. Może w ogóle go zamkną — zastanawia się Polak.
Białystok. Fot. MOST
„Białorusini przyjeżdżają, ale rzadko”
W dużym sklepie sieci MediaMarkt panuje ruch — klienci wybierają prezenty dla bliskich. Doradcy handlowi sprawnie poruszają się po sali, przy kasach ustawiają się kolejki. Nad głowami wisi gęsty rząd jednakowych tabliczek informujących, że w sklepie można skorzystać z systemu Tax Free. Niezdecydowanych klientów poganiają.
— Kasa wolna. Naprawdę nie widać? Proszę podchodzić — sprzedawczyni szybko finalizuje transakcję, wydaje paragon i zaprasza kolejnego klienta.
Pytamy, czy w ostatnim czasie zwiększył się napływ Białorusinów.
— Przyjeżdżają, ale rzadko. I kupują niewiele. Nie powiedziałabym, żeby po otwarciu granic sytuacja jakoś znacząco się zmieniła — wzrusza ramionami rozmówczyni.
MediaMarkt. Fot: MOST
„Białystok się nie zmienił, nic się nie zmieniło”
Dla wielu Białorusinów droga zaczyna się i kończy na dworcu autobusowym. Kasjerka w kantorze przydworcowym mówi, że po otwarciu granic klientów wcale nie przybyło.
— Białystok się nie zmienił, nic się nie zmieniło. Z tego, co wiem, wy, Białorusini, macie teraz problemy z uzyskaniem wiz — są drogie. Poza tym ludzie nie mogą przewozić przez granicę dużych sum pieniędzy (bez deklaracji można przewieźć nie więcej niż 10 tys. dolarów — przyp. MOST).
Na peronie ludzie pakują zakupy do niewielkiego busa na trasie Białystok — Grodno. Pod ciężarem toreb i walizek pojazd lekko osiada.
Igor padł na kolana i błagał mężczyznę wymachującego nożem, by go nie zabijał. Wszystko wydarzyło się nagle: chłopak wszedł do sklepu w Gdańsku, a jeden z klientów przyniósł do kasy kilka puszek piwa. Po godz. 22.00 sprzedaż alkoholu w mieście jest zakazana, więc kasjer odmówił. To wyprowadziło klienta z równowagi — wyciągnął nóż i z nieznanych powodów postanowił wyładować złość na Białorusinie. Młody mężczyzna opowiedział MOST, jak udało mu się uratować tamtego wieczoru, a także jak później przypadkowo ponownie spotkał napastnika i pomógł go namierzyć.
„Ugięły się nogi, całe życie przeleciało mi przed oczami”
Tego wieczoru Igor wraz z kolegą weszli do sklepu sieci Żabka przy ul. Podwale Staromiejskie. Pracuje tam ich wspólny znajomy. Jego zmiana miała się wkrótce skończyć i cała trójka planowała spędzić razem resztę wieczoru. Koledzy czekali przy wejściu do sklepu, rozmawiając po rosyjsku.
W tym czasie 55-letni nietrzeźwy mężczyzna położył na ladzie trzy puszki piwa. Kasjer wyjaśnił, że o tej porze — zgodnie z przepisami — nie może już sprzedać alkoholu i odsunął puszki na bok. Klientowi wyraźnie się to nie spodobało. Najpierw zaczął się kłócić. Igor wspomina, że mężczyzna mówił, iż ograniczenie wprowadziła Aleksandra Dulkiewicz, prezydent Gdańska, a on rzekomo na nią nie głosował. Gdy kasjer ponownie podkreślił, że piwa nie sprzeda, klient wpadł w furię.
Wyciągnął nóż, podszedł do Igora i, przeklinając oraz wymachując ostrzem, zaczął krzyczeć, żeby „wynosił się z jego kraju”.
— Ogarnął mnie kompletnie obłędny strach. Nigdy nie myślałem, że można czegoś takiego doświadczyć. Ugięły mi się nogi. Miałem wrażenie, jakby całe życie przeleciało mi przed oczami. Patrzyłem na niego i widziałem, że jest nieobliczalny. Wystarczyłby jeden cios, żeby mnie zabić — wspomina Igor.
Upadł na kolana i zaczął błagać, żeby go nie zabijał. W tym momencie pracownica sklepu, która wcześniej zamiatała podłogę, podbiegła do mężczyzny od tyłu i spryskała mu twarz gazem pieprzowym. Dało to Igorowi kilka sekund, by wybiec ze sklepu.
Wtedy jego kolega chwycił napastnika za rękaw, przewrócił go na podłogę i wyciągnął na zewnątrz. Kasjer szybko wpuścił młodych ludzi z powrotem do sklepu i zamknął drzwi od środka. Mężczyzna z nożem został na zewnątrz.
„Gdy przypadkiem przyszedł do mojego sklepu, prawie straciłem przytomność”
Zdarzenie zarejestrowały kamery monitoringu. Następnego dnia Białorusin zgłosił się na policję i złożył zawiadomienie. Wszczęto postępowanie w sprawie gróźb na tle narodowościowym oraz chuligaństwa.
Igor również pracuje w Żabce — w innym sklepie tej samej sieci, ale w tej samej części Gdańska. Przypuszcza, że po incydencie awanturnik bał się wrócić do poprzedniego sklepu i dlatego wkrótce pojawił się w jego miejscu pracy. Białorusin od razu go rozpoznał.
— Kiedy przypadkiem przyszedł do mojego sklepu, prawie straciłem przytomność. Zaczęło mną trząść, skoczyło mi ciśnienie.
Igor natychmiast nacisnął przycisk alarmowy i próbował grać na czas, by ochrona zdążyła dojechać. Najprawdopodobniej mężczyzna go nie rozpoznał, ale Białorusin podejrzewa, że po jego zachowaniu napastnik i tak zorientował się, że coś jest nie tak.
— Wziąłem od niego pieniądze i na jakieś pięć minut odszedłem od kasy. Potem wróciłem i wydałem mu resztę. To było maksymalnie dziwne. Do tego trzęsły mi się ręce, bardzo źle się czułem — opowiada Igor.
Pomógł wyśledzić napastnika
Straż miejska — jak ocenia rozmówca — jechała około 15 minut, dlatego nie zastała już agresywnego klienta na miejscu. Igor po nagłym spotkaniu na krótko zamknął sklep, aby dojść do siebie. Poprosił też kolegę, by sprawdził, w jakim kierunku odchodzi mężczyzna. Te informacje przekazano policji i wkrótce chuligan został zatrzymany.
Wobec mężczyzny zastosowano środek zapobiegawczy w postaci dozoru policyjnego (pozostaje on na wolności, ale raz w tygodniu musi stawiać się na komisariacie policji), a także zakaz zbliżania się do pokrzywdzonego oraz do sklepu, w którym doszło do incydentu. Białorusin otrzymał z prokuratury pismo informujące o przebiegu postępowania. Policja przekazała, że za czyny, o które podejrzewany jest napastnik, w Polsce grozi kara do pięciu lat pozbawienia wolności, przy czym sąd może dodatkowo zwiększyć wymiar kary o połowę.
W Bydgoszczy przed sądem staną członkowie grupy, która wystawiała fikcyjne dokumenty potwierdzające zatrudnienie cudzoziemców. Na ich podstawie ponad 7 tys. osób — w tym obywatele Białorusi — uzyskało polskie wizy pracownicze. „Pomocnikom” grozi do ośmiu lat więzienia. O sprawie poinformowała Prokuratura Okręgowa w Bydgoszczy.
Zarzuty postawiono 11 osobom zorganizowanej grupy przestępczej działającej w latach 2019–2022. Według śledczych złożyli oni do polskich instytucji państwowych ponad 12 tys. wniosków i oświadczeń zawierających nieprawdziwe informacje. Na podstawie tych dokumentów polskie konsulaty wydały ponad 7 tys. wiz.
Klientami bydgoskich pośredników wizowych byli obywatele około 30 państw z Europy, Azji i Afryki, w tym także Białorusini.
Aby uzyskać pożądane dokumenty, pośrednicy rejestrowali — za pośrednictwem Profil Zaufany — spółki z ograniczoną odpowiedzialnością pod fikcyjnymi adresami. Następnie, w imieniu tych firm-widm, występowali do powiatowych urzędów pracy oraz do administracji województwa kujawsko-pomorskiego o zezwolenia na zatrudnienie cudzoziemców.
Ponadto oskarżeni wykorzystywali w składanych wnioskach dane rzeczywiście istniejących firm z województwa kujawsko-pomorskiego. Wskazywali adresy przedsiębiorstw, rodzaj rzekomo planowanej pracy oraz stawki godzinowe. W toku postępowania ustalono, że firmy te nie zapraszały cudzoziemców, których dane znalazły się w dokumentach.
17 grudnia Prokuratura Okręgowa w Bydgoszczy skierowała akt oskarżenia do Sąd Okręgowy w Bydgoszczy. „Pomocnicy” odpowiadają za udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz organizowanie nielegalnego przekraczania polskiej granicy. Część oskarżonych została tymczasowo aresztowana. Grozi im kara do ośmiu lat pozbawienia wolności.
Jeszcze kilka lat temu Iwanka Samajłowicz studiowała biotechnologię na Białorusi i nie przypuszczała, że kiedykolwiek będzie tworzyć ozdoby. Po przymusowej emigracji odnalazła się jednak właśnie w tej dziedzinie. Elementy do koralików i naszyjników znajduje wśród rzeczy, które nie są już potrzebne ich właścicielom. Szuka ich w różnych miejscach — m.in. jeździ na popularne w Polsce opróżnianie mieszkań, gdy właściciele muszą szybko przygotować nieruchomość do sprzedaży. Jak to działa i dlaczego wciąż nie uważa się za bizneswoman — opowiedziała w rozmowie z MOST.
„Nie lubię słowa »biżuteria«, bo brzmi bardzo tanio”
Iwanka Samajłowicz ma 24 lata. Do Polski przeprowadziła się w 2020 roku z powodów politycznych. Wcześniej studiowała na Wydziale Biologii Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego na kierunku biotechnologia. Emigracja mocno odbiła się na jej stanie psychicznym.
— Zostałam bez wykształcenia, w obcym mieście. Język — nieznany. Przez kilka lat było naprawdę bardzo ciężko — mówi Iwanka.
W nowym kraju musiała znaleźć dla siebie zajęcie. Stopniowo wróciła więc do tego, co lubiła jeszcze przed emigracją — tworzenia ozdób.
— Nie lubię słowa „biżuteria”, bo brzmi bardzo tanio. Bardziej odpowiada mi określenie „ozdoby”. Od razu wiadomo, że ktoś poświęcił na nie czas i energię — tłumaczy.
Prace Iwanki. Zdjęcie z jej archiwum
„Znaleźliśmy dziesięć kilogramów biżuterii i zapłaciliśmy za wszystko 70 złotych”
Iwanka stara się jak najrzadziej kupować nowe materiały. Bliska jest jej idea recyklingu i ponownego wykorzystania przedmiotów. To pozwala też unikać powtórzeń i za każdym razem tworzyć coś nowego.
Materiały do swoich ozdób znajduje w bardzo różnych miejscach. Jednym z głównych źródeł jest sklep, w którym obecnie pracuje. Działa on w formule vintage shopu, czyli butiku cyrkularnego — ludzie mogą przynosić tam niepotrzebne rzeczy.
— Czasem przynoszą do nas stare ozdoby, czasem wszystko naraz — z piwnic. Dwa kilo jakiejś starej biżuterii, brudnej, z popiołem po papierosach — opowiada. — Ja to wszystko przebieram, myję, czyszczę. Dla mnie to proces medytacyjny.
Poza sklepem Iwanka szuka materiałów na targach i pchlich targach, gdzie można tanio znaleźć ciekawe elementy do pracy.
— Czasami kupuję biżuterię na wagę. Razem z koleżanką znalazłyśmy dziesięć kilogramów biżuterii i zapłaciłyśmy za wszystko tylko 70 złotych — wspomina.
Nie wszystkie rzeczy da się wykorzystać. Część trzeba od razu wyrzucić — nie da się z nimi już nic zrobić. Z niektórych jednak udaje się stworzyć coś nowego.
„Wiele rzeczy jest po prostu wyrzucanych, choć wciąż mogłyby żyć dalej”
Jednym z najbardziej nieoczywistych sposobów pozyskiwania materiałów jest opróżnianie mieszkań, czyli — jak mówi się po polsku — opróżnianie lokali. To popularna w Polsce forma pozbywania się niepotrzebnych rzeczy, na przykład przed sprzedażą nieruchomości. Właściciel lub agent nieruchomości zamieszcza ogłoszenie, a każdy może przyjść o wyznaczonej porze i zabrać to, czego potrzebuje.
— Najczęściej są to mieszkania starszych osób. Umierają, a bliscy nie chcą zajmować się rzeczami. Wszystko trzeba szybko wynieść — tłumaczy Iwanka.
Na takie wyjazdy jeździ służbowo — dla vintage shopu. Zespół sprawdza, co można zabrać, a co i tak trafi na śmietnik. Taki los rzeczy Białoruska przeżywa jednak szczególnie boleśnie i część z nich „ratuje” dla siebie.
— To są skarby. Wiele rzeczy jest po prostu wyrzucanych, choć wciąż mogłyby żyć dalej — mówi.
Jedyną rzeczą, którą zawsze kupuje nową, jest biżuteria techniczna, czyli zapięcia i elementy montażowe. Tego nie da się brać z drugiej ręki, bo rdzewieje.
Prace Iwanki. Zdjęcie z jej archiwum
„Kto pierwszy, ten lepszy”
Opróżnianie mieszkań wygląda jak prawdziwy wyścig.
— Zdarza się, że przyjeżdżasz 40 minut przed rozpoczęciem, a na miejscu już stoją ludzie. Gdy właściciel albo agent otwiera drzwi, obowiązuje prosta zasada: kto pierwszy, ten lepszy — opowiada Iwanka. — Tak Polacy zazwyczaj mówią.
Ludzie przyjeżdżają po różne rzeczy: jedni szukają naczyń, inni dywanów lub mebli, jeszcze inni — maszyn do szycia czy drobnych przedmiotów do domu. Część tego, czego nikt nie zabierze, jeszcze tego samego dnia trafi na śmietnik.
Koszt takich wyjazdów zależy od sytuacji. Czasem chodzi o zapłatę za pojedyncze rzeczy, a czasem — o ustalenia dotyczące „opróżnienia” całego mieszkania.
— Bywały przypadki, gdy płaciliśmy około 700 złotych. Innym razem — około 1000. Latem można było zabrać cały samochód rzeczy — wspomina Iwanka.
Jak podkreśla, nie ma tu jednego systemu: wszystko zależy od ustaleń, terminów oraz tego, jak szybko właścicielom lub agentom zależy na opróżnieniu lokalu.
Jesienią 2024 roku Iwanka spróbowała prowadzić warsztaty. Chciała, aby uczestnicy mogli samodzielnie pracować z materiałami i coś stworzyć. Na zajęcia przychodzili zarówno dorośli, jak i rodzice z dziećmi — często były to warsztaty rodzinne. Wśród uczestników byli Polacy, Ukraińcy i Białorusini.
Pierwszych uczestników Iwanka szukała wśród znajomych oraz w tematycznych czatach, później ludzie zaczęli trafiać na zajęcia z polecenia.
Na początku wynajmowała przestrzenie za własne pieniądze, a pracowała w modelu darowizn.
— Wynajmowałam salę na dwie godziny i stawiałam puszkę. Mówiłam: „Drodzy ludzie, proszę, pomóżcie opłacić moją pracę” — wspomina.
Przez długi czas warsztaty wychodziły „na zero”, ale z czasem Białoruska zaczęła dokładać do nich z własnej kieszeni. Iwanka szukała innych przestrzeni, chodziła po kawiarniach, jednak formuła oparta na darowiznach okazała się niestabilna — nie wszyscy byli gotowi wspierać takie inicjatywy. Dlatego latem 2025 roku zrobiła przerwę.
„Jak wycenić pomysł?”
Ozdoby tworzone przez Iwankę nie są wyrobami seryjnymi. Każdy przedmiot powstaje z tego, co uda się znaleźć, dlatego zawsze jest niepowtarzalny. Znalezione rzeczy inspirują ją do różnych historii, choć sama Iwanka szczególnie lubi motywy średniowieczne, fantasy, a nawet grę Skyrim. Przyznaje, że zdarzało jej się tworzyć także amulety.
Gotowe prace Iwanka czasem wystawia na Etsy — międzynarodowej platformie sprzedaży rękodzieła — oraz na Vinted, popularnym serwisie do odsprzedaży rzeczy. Jak jednak przyznaje, sprzedawanie i wycenianie własnej pracy sprawia jej trudność.
— Potrafię tworzyć, ale nie jestem bizneswoman. Jak policzyć czas, kiedy coś robiłaś, potem prułaś i zaczynałaś od nowa? Jak wycenić sam pomysł? — tłumaczy Iwanka.
Najdroższą pracę sprzedała za 220 złotych
Latem Iwanka brała udział w jarmarkach, głównie niewielkich i lokalnych. Najczęściej były to wydarzenia z bezpłatnym wstępem albo z symboliczną opłatą. Publiczność nie zawsze była tam nastawiona na zakupy. Z czasem Białoruska zrozumiała, że aby dostać się na targi z inną, bardziej zakupową publicznością, trzeba wcześniej odłożyć pieniądze.
Najczęściej ceny jej prac są raczej symboliczne. Najdroższy przedmiot, jaki udało jej się sprzedać, kosztował około 220 złotych.
— To był jedyny taki wyjątkowy przypadek. Podszedł do mnie mężczyzna z Francji, był z małym dzieckiem. Spodobała mu się ozdoba i ją kupił — wspomina.
Wyrob Iwanki, który został sprzedany za 220 złotych. Zdjęcie z jej archiwum
Od dodatku do całego wizerunku
Dziś Iwanka coraz częściej pracuje już nie tylko jako autorka akcesoriów, lecz także całych stylizacji. Dobiera elementy garderoby dla modelek podczas sesji zdjęciowych, pracuje z fryzurą i ogólną koncepcją wizualną, zajmuje się również scenografią.
— Potrafię wyobrazić sobie, jak coś powinno wyglądać, a potem zrobić to własnymi rękami — mówi.