W Polsce wybuchł skandal: w sieci pojawiły się informacje, że we Wrocławiu pacjent miał umrzeć dlatego, że białorusko-ukraiński zespół medyczny nie znał języka polskiego. Prokuratura zaprzeczyła tej wersji, ale pytania o to, jak kontroluje się kwalifikacje zagranicznych lekarzy, pozostały. MOST porozmawiał o tym z Białorusinem pracującym w polskiej medycynie ratunkowej.
O co chodzi w tej historii o śmierci pacjenta
Punktem wyjścia do skandalu był wywiad prezesa Dolnośląskiej Izby Lekarskiej Pawła Wróblewskiego na kanale YouTube Arkadiusz Franas — Pod Prąd. Twierdził on, że w jednym z prywatnych laboratoriów diagnostycznych we Wrocławiu pacjent zmarł podczas badania MRI, ponieważ — według jego relacji — zespół medyczny z Ukrainy i Białorusi nie potrafił się porozumieć z powodu słabej znajomości języka polskiego, nie zrozumiał, że pacjent miał wcześniej wstrząs anafilaktyczny, i nie wiedział, jak zareagować na alergię ani jak wezwać karetkę.
Wkrótce jednak prokuratura zdementowała te informacje. Ustalono, że tragedia rzeczywiście miała miejsce — 24 stycznia 2023 roku, czyli prawie trzy lata temu. Pacjent, Dominik K., przyszedł na rezonans jamy brzusznej z kontrastem. Przed badaniem personel, w obecności lekarza, przeprowadził standardowy wywiad — mężczyzna nie zgłosił żadnych chorób przewlekłych ani alergii.
Po podaniu 10 ml środka kontrastowego pacjent nacisnął przycisk alarmowy, skarżył się na duszność i kaszel, a następnie stracił przytomność. Personel wraz z lekarzem natychmiast rozpoczął resuscytację, a technik konsultował się z dyspozytorem pogotowia. Po przybyciu ratowników czynności reanimacyjne kontynuowano, lecz nie udało się uratować pacjenta. Nie stwierdzono związku między znajomością języka a zgonem.
System opiera się na zaufaniu
Walery (imię zmienione) to lekarz z wieloletnim doświadczeniem w medycynie ratunkowej. Na Białorusi przepracował ponad dziesięć lat w pogotowiu. Od ponad dwóch lat przyjmuje pacjentów na SOR-ze w Polsce.
Jak mówi, w ostatnich latach wprowadzano w Polsce różne uproszczone ścieżki dopuszczania zagranicznych lekarzy do pracy — bez nostryfikacji dyplomu i potwierdzania znajomości języka polskiego. Pozwoliło to m.in. uzupełnić braki kadrowe w czasie pandemii COVID-19.
Obecnie jednak, aby uzyskać prawo wykonywania zawodu, trzeba potwierdzić znajomość języka polskiego: zdać ogólny egzamin co najmniej na poziomie B1 albo egzamin medyczny NIL. Ten drugi jest znacznie trudniejszy — zawiera dyktando z zakresu medycyny, część ustną oraz zadanie kliniczne, polegające na zebraniu wywiadu i prowadzeniu rozmowy z „pacjentem”, którego rolę odgrywa członek komisji. Certyfikat po egzaminie NIL otrzymuje się szybciej, ale przygotowanie jest bardziej wymagające.
Walery podkreśla, że uproszczone procedury dla cudzoziemców wprowadzono nie dlatego, że w Polsce nie dba się o jakość, lecz dlatego, że bez odpowiedniej liczby lekarzy pomoc doraźna przestałaby funkcjonować.
— Na SOR-ze czy w nocnej pomocy medycznej Polacy często nie chcą pracować: tu obciążenie jest bardzo duże, tam wynagrodzenia niższe. Braki kadrowe są faktem — mówi.
Według niego polski system w dużej mierze opiera się na zaufaniu: jeśli lekarz przedkłada dyplom i pisemnie deklaruje znajomość języka, uznaje się to za wystarczające.
„Tu odpowiedzialne są obie strony”
Mimo wprowadzenia wymogów językowych, jak mówi Walery, do polskich szpitali wciąż trafiają lekarze z bardzo różnym poziomem znajomości języka — z powodu braków kadrowych system często jest zmuszony ryzykować.
— Tu odpowiedzialność ponoszą obie strony: lekarz, który przyjeżdża do pracy, i polskie Ministerstwo Zdrowia, które łata braki kadrowe i robi wszystko, co może — wyjaśnia Walery. — Dano nam możliwość pracować nie jako sanitariusze czy recepcjoniści, lecz jako lekarze. Uważam, że za to należy być wdzięcznym państwu, które przyjmuje ludzi uciekających przed wojną lub reżimem.
Walery podkreśla, że język to nie tylko grzeczna rozmowa z pacjentem.
— Zwłaszcza w medycynie ratunkowej ważne jest wychwycenie każdego słowa: instrukcji, ostrzeżeń, procedur, zaleceń. W sytuacji krytycznej błąd w tłumaczeniu może stać się błędem w leczeniu — zaznacza.
Czy zespół może składać się wyłącznie z cudzoziemców
Jak mówi Walery, na dyżurze w SOR-ze w jednym zespole może pracować kilku specjalistów z różnych krajów.
— Dziś, na przykład, miałem 24-godzinny dyżur. Było dwóch internistów: ja i lekarka z Ukrainy. Chirurg także była z Ukrainy. To był nasz podstawowy skład. Przyjęliśmy 95–96 procent pacjentów podczas zmiany. To normalna sytuacja — opowiada.
Nie ma ograniczeń co do składu zespołu: jeśli na dyżurze pracują sami lekarze z zagranicy, nie jest to traktowane jako naruszenie. Lekarz dyżurny odpowiedzialny za najcięższych pacjentów częściej bywa Polakiem — ale to bardziej utrwalona praktyka niż formalny obowiązek. Narodowość nie ma tu znaczenia: liczą się kwalifikacje, uprawnienia i odpowiedzialność.
„Wstrząs anafilaktyczny to zawsze sekundy i minuty”
Śmierć pacjenta we Wrocławiu wywołała pytania: jeśli zespół składa się wyłącznie z zagranicznych lekarzy, którzy nie mówią perfekcyjnie po polsku, czy bariera językowa może mieć kluczowe znaczenie?
Walery uważa, że w przypadku anafilaksji decydująca jest nie znajomość języka, lecz czas reakcji.
— Wstrząs anafilaktyczny to zawsze sekundy i minuty. Człowiek może błyskawicznie przestać oddychać: albo puchną drogi oddechowe, albo spada ciśnienie, albo jedno i drugie — mówi.
Taka reakcja może pojawić się niemal po każdym alergenie: leku, ukąszeniu owada, środku kontrastowym. W wielu przypadkach nie da się jej przewidzieć.
Schemat działania jest zawsze taki sam: podanie adrenaliny, wezwanie karetki, stały kontakt z dyspozytorem. Ale nawet przy idealnie wykonanych czynnościach wynik może być tragiczny.
— Karetka może nie zdążyć, nawet jeśli przyleci śmigłowcem — zaznacza Walery.
Według niego anafilaksję powinien umieć rozpoznać każdy lekarz. Jednak jeśli nigdy nie pracował w medycynie ratunkowej, może się pogubić.
— Tu nie chodzi o to, czy ktoś jest Polakiem, czy cudzoziemcem. To może zdarzyć się każdemu lekarzowi — podkreśla.