Białorusin, który namalował w Warszawie „zigującego” Muska, usłyszał wyrok

Białoruski artysta Maksim, który w styczniu umieścił na jednym z budynków w Warszawie art-plakat z wizerunkiem Elona Muska, usłyszał wyrok. Jak informuje Euroradio, sąd skazał go na dwa lata w zawieszeniu oraz na grzywnę w wysokości 160 zł.

Artysta nie ujawnia nazwiska ze względów bezpieczeństwa.

Początkowo polska policja, która zatrzymała street artystę w momencie nanoszenia pracy, zarzuciła mu zniszczenie zabytkowego budynku i propagowanie nazizmu. Musk został bowiem przedstawiony z uniesioną ręką — był to jego znany gest: uderza w pierś, a następnie unosi ramię ku górze, dłonią do nieba. Wykonał go podczas inauguracji Donalda Trumpa, która odbyła się niedługo przed powstaniem plakatu. Wówczas wielu odebrało ten ruch jako hitlerowskie pozdrowienie. Obok wizerunku Muska pojawił się napis po angielsku „Make Poland great”, a niżej: „…again for Poles”.

Policja miała także wątpliwości co do legalności pobytu Białorusina w Polsce. Jego czasowy pobyt wygasł. Mężczyzna złożył wniosek o ochronę międzynarodową i czekał na decyzję, ale tymczasowy dokument tożsamości, który otrzymują wnioskodawcy, również stracił ważność.

Ostatecznie Białorusin został oskarżony o wandalizm i zniszczenie mienia. Nie przyznał się do winy, nazywając swoje działania aktem sztuki.

W Polsce zaocznie aresztowano dywersantów, którzy uciekli na Białoruś

Sąd w Warszawie zdecydował o areszcie dwóch obywateli Ukrainy podejrzewanych o dokonanie dywersji na kolei 15–16 listopada. Zostaną oni tymczasowo aresztowani na dwa miesiące, gdy tylko uda się ich zatrzymać — poinformował prokurator Artur Kaznowski. Teraz Prokuratura Krajowa może ogłosić ich poszukiwania.

Mężczyznom grozi dożywotnie pozbawienie wolności, choć szanse na ich zatrzymanie są niewielkie.

Przypomnijmy: późnym wieczorem 15 listopada doszło do detonacji ładunku wybuchowego podłożonego na torach w pobliżu stacji Mika. Uszkodzenia zauważył rano 16 listopada maszynista jednego z pociągów. W niedzielę poinformowano o kolejnym incydencie na kolei — pod Puławami doszło do uszkodzenia sieci trakcyjnej. Na torach znaleziono zamontowany metalowy element.

Wkrótce premier Donald Tusk oświadczył, że za dywersjami stoją obywatele Ukrainy działający na zlecenie rosyjskich służb specjalnych i że opuścili oni Polskę przez przejście graniczne w Terespolu, kierując się na Białoruś.

Polskie media podawały ich domniemane dane i wiek: Jewhen/Iewhen Iwanow ma 41 lat, a Ołeksandr Kononow — 39. Jeden z nich był kiedyś pracownikiem ukraińskiej prokuratury, a drugi w maju 2025 roku został zaocznie skazany przez sąd we Lwowie za akt dywersji i jest poszukiwany przez ukraińskie władze.

Wcześniej w pomoc dywersantom podejrzewano jeszcze pięcioro Ukraińców: czterech mężczyzn i jedną kobietę. Ostatecznie zarzut postawiono tylko jednemu — Wołodymyrowi B., którego zatrzymano kilka dni temu. Według ustaleń prokuratury już we wrześniu miał on podwieźć Jewhena Iwanowa w rejon torów, pod które później podłożono ładunek wybuchowy.

Polskie MSZ przekazało Białorusi notę z prośbą o wydanie podejrzanych.

Czego nie wolno wywozić z Polski na Białoruś?

Po otwarciu przejść granicznych „Kuźnica” i „Bobrowniki” na polsko-białoruskiej granicy wyjazdy do Polski stały się prostsze. Wiele osób ponownie zaczęło pytać, co można, a czego nie wolno wywozić z UE na Białoruś.

W czasie, gdy przejścia były zamknięte, zasady wywozu towarów znacząco się zmieniły. W czerwcu 2024 roku Unia Europejska uzgodniła nowe sankcje wobec Białorusi. Dotyczą one nie tylko towarów przemysłowych, lecz także wielu produktów, które turyści wywożą do użytku osobistego.

Wykaz towarów objętych sankcjami można sprawdzić pod tym linkiem (załącznik XVIII). Wśród nich znajdują się m.in.:

  • przyrządy półprzewodnikowe (diody, tranzystory itp.),
  • kamery telewizyjne i wideo, ich części i akcesoria, baterie,
  • obiektywy, lornetki, monokulary,
  • płaskie telewizory, monitory i projektory,
  • telefony komórkowe, smartfony, urządzenia do transmisji głosu, radiowe środki nawigacji, mikrofony i sprzęt nagrywający,
  • komponenty elektryczne, w tym wtyczki, gniazda, przekaźniki i inne,
  • oleje mineralne, płyny chłodnicze i hamulcowe,
  • lakiery, farby, środki smarne,
  • wiele części samochodowych,
  • bidety, toalety, spłuczki, rury i węże,
  • wełna i przędza, tkaniny z nich, tkaniny bawełniane i niektóre inne,
  • kawior i jego substytuty, krewetki i skorupiaki,
  • trufle i produkty z trufli.

A co z proszkami i kapsułkami?

Problemy pojawiają się także przy kapsułkach do zmywarek i środkach do prania. W przygranicznych czatach wiele osób pisało, że nie udało im się „przebić” zwrotu VAT na te produkty, choć część turystów przewozi je po prostu zielonym korytarzem.

Czy sankcje powstrzymują Białorusinów?

Po otwarciu granicy dziennikarze MOST odwiedzili Rynek Kawaleryjski w Białymstoku, gdzie wcześniej Białorusini chętnie robili zakupy. Sprzedawcy skarżą się, że sankcje ograniczają handel, podobnie jak trudności z uzyskaniem polskich wiz na Białorusi. Mimo to, jak mówią rozmówcy, Białorusini wciąż przyjeżdżają po kawę, czekoladę, odzież i obuwie oraz kosmetyki.

Białorusin próbował wwieźć do Polski skamieniałości sprzed 500 mln lat. Służby udaremniły przemyt

Białorusin próbował wwieźć do Polski skamieniałości — pozostałości pradawnych organizmów. Według ekspertów mają one ponad 500 milionów lat, jednak mężczyzna twierdził, że kupił je w sklepie z pamiątkami i wiezie znajomym. O sprawie poinformowała lubelska Krajowa Administracja Skarbowa.

Polscy funkcjonariusze znaleźli skamieniałości w samochodzie Białorusina na przejściu granicznym w Terespolu. 24 obiekty dawnej fauny były ukryte pod siedzeniami, pod deską rozdzielczą, w schowku na narzędzia oraz w torbie na dokumenty.

Białorusin tłumaczył celnikom, że kupił skamieniałości w sklepie w Brześciu i przewozi je do Polski jako prezenty. Funkcjonariusze jednak zabezpieczyli znalezisko i przekazali je do ekspertyzy.

Eksperci ustalili, że wśród przedmiotów znajdują się skamieniałości ediakarskiej bioty — jednych z najstarszych znanych zwierząt na Ziemi. Wartość kontrabandy oszacowano na 27 tys. zł.

Ediakarska biota to zbiorcza nazwa organizmów zamieszkujących Ziemię w okresie ediakaru (ok. 635–539 mln lat temu), ostatnim okresie neoproterozoiku. Większość z nich była miękkotkowa i miała strukturę rurkową lub rozgałęzioną. Uznaje się je za najstarszą pewnie potwierdzoną faunę zwierząt wielokomórkowych.

Specjaliści z Państwowego Instytutu Geologicznego ustalili, że Białorusin próbował wwieźć do Polski osiem trylobitów oraz jedenaście zębów rekina. Najcenniejszym znaleziskiem były jednak cztery obiekty ediakarskiej bioty w wieku 555–558 milionów lat — podobne okazy znane są z odkryć w skałach nad Morzem Białym, w promieniu około 100 kilometrów od Archangielska.

„Nie o to chodzi, czy ktoś jest cudzoziemcem”. Białoruski lekarz o pracy w polskiej medycynie „bez języka” i tragedii we Wrocławiu

W Polsce wybuchł skandal: w sieci pojawiły się informacje, że we Wrocławiu pacjent miał umrzeć dlatego, że białorusko-ukraiński zespół medyczny nie znał języka polskiego. Prokuratura zaprzeczyła tej wersji, ale pytania o to, jak kontroluje się kwalifikacje zagranicznych lekarzy, pozostały. MOST porozmawiał o tym z Białorusinem pracującym w polskiej medycynie ratunkowej.

O co chodzi w tej historii o śmierci pacjenta

Punktem wyjścia do skandalu był wywiad prezesa Dolnośląskiej Izby Lekarskiej Pawła Wróblewskiego na kanale YouTube Arkadiusz Franas — Pod Prąd. Twierdził on, że w jednym z prywatnych laboratoriów diagnostycznych we Wrocławiu pacjent zmarł podczas badania MRI, ponieważ — według jego relacji — zespół medyczny z Ukrainy i Białorusi nie potrafił się porozumieć z powodu słabej znajomości języka polskiego, nie zrozumiał, że pacjent miał wcześniej wstrząs anafilaktyczny, i nie wiedział, jak zareagować na alergię ani jak wezwać karetkę.

Wkrótce jednak prokuratura zdementowała te informacje. Ustalono, że tragedia rzeczywiście miała miejsce — 24 stycznia 2023 roku, czyli prawie trzy lata temu. Pacjent, Dominik K., przyszedł na rezonans jamy brzusznej z kontrastem. Przed badaniem personel, w obecności lekarza, przeprowadził standardowy wywiad — mężczyzna nie zgłosił żadnych chorób przewlekłych ani alergii.

Po podaniu 10 ml środka kontrastowego pacjent nacisnął przycisk alarmowy, skarżył się na duszność i kaszel, a następnie stracił przytomność. Personel wraz z lekarzem natychmiast rozpoczął resuscytację, a technik konsultował się z dyspozytorem pogotowia. Po przybyciu ratowników czynności reanimacyjne kontynuowano, lecz nie udało się uratować pacjenta. Nie stwierdzono związku między znajomością języka a zgonem.

System opiera się na zaufaniu

Walery (imię zmienione) to lekarz z wieloletnim doświadczeniem w medycynie ratunkowej. Na Białorusi przepracował ponad dziesięć lat w pogotowiu. Od ponad dwóch lat przyjmuje pacjentów na SOR-ze w Polsce.

Jak mówi, w ostatnich latach wprowadzano w Polsce różne uproszczone ścieżki dopuszczania zagranicznych lekarzy do pracy — bez nostryfikacji dyplomu i potwierdzania znajomości języka polskiego. Pozwoliło to m.in. uzupełnić braki kadrowe w czasie pandemii COVID-19.

Obecnie jednak, aby uzyskać prawo wykonywania zawodu, trzeba potwierdzić znajomość języka polskiego: zdać ogólny egzamin co najmniej na poziomie B1 albo egzamin medyczny NIL. Ten drugi jest znacznie trudniejszy — zawiera dyktando z zakresu medycyny, część ustną oraz zadanie kliniczne, polegające na zebraniu wywiadu i prowadzeniu rozmowy z „pacjentem”, którego rolę odgrywa członek komisji. Certyfikat po egzaminie NIL otrzymuje się szybciej, ale przygotowanie jest bardziej wymagające.

Walery podkreśla, że uproszczone procedury dla cudzoziemców wprowadzono nie dlatego, że w Polsce nie dba się o jakość, lecz dlatego, że bez odpowiedniej liczby lekarzy pomoc doraźna przestałaby funkcjonować.

— Na SOR-ze czy w nocnej pomocy medycznej Polacy często nie chcą pracować: tu obciążenie jest bardzo duże, tam wynagrodzenia niższe. Braki kadrowe są faktem — mówi.

Według niego polski system w dużej mierze opiera się na zaufaniu: jeśli lekarz przedkłada dyplom i pisemnie deklaruje znajomość języka, uznaje się to za wystarczające.

„Tu odpowiedzialne są obie strony”

Mimo wprowadzenia wymogów językowych, jak mówi Walery, do polskich szpitali wciąż trafiają lekarze z bardzo różnym poziomem znajomości języka — z powodu braków kadrowych system często jest zmuszony ryzykować.

— Tu odpowiedzialność ponoszą obie strony: lekarz, który przyjeżdża do pracy, i polskie Ministerstwo Zdrowia, które łata braki kadrowe i robi wszystko, co może — wyjaśnia Walery. — Dano nam możliwość pracować nie jako sanitariusze czy recepcjoniści, lecz jako lekarze. Uważam, że za to należy być wdzięcznym państwu, które przyjmuje ludzi uciekających przed wojną lub reżimem.

Walery podkreśla, że język to nie tylko grzeczna rozmowa z pacjentem.

— Zwłaszcza w medycynie ratunkowej ważne jest wychwycenie każdego słowa: instrukcji, ostrzeżeń, procedur, zaleceń. W sytuacji krytycznej błąd w tłumaczeniu może stać się błędem w leczeniu — zaznacza.

Czy zespół może składać się wyłącznie z cudzoziemców

Jak mówi Walery, na dyżurze w SOR-ze w jednym zespole może pracować kilku specjalistów z różnych krajów.

— Dziś, na przykład, miałem 24-godzinny dyżur. Było dwóch internistów: ja i lekarka z Ukrainy. Chirurg także była z Ukrainy. To był nasz podstawowy skład. Przyjęliśmy 95–96 procent pacjentów podczas zmiany. To normalna sytuacja — opowiada.

Nie ma ograniczeń co do składu zespołu: jeśli na dyżurze pracują sami lekarze z zagranicy, nie jest to traktowane jako naruszenie. Lekarz dyżurny odpowiedzialny za najcięższych pacjentów częściej bywa Polakiem — ale to bardziej utrwalona praktyka niż formalny obowiązek. Narodowość nie ma tu znaczenia: liczą się kwalifikacje, uprawnienia i odpowiedzialność.

„Wstrząs anafilaktyczny to zawsze sekundy i minuty”

Śmierć pacjenta we Wrocławiu wywołała pytania: jeśli zespół składa się wyłącznie z zagranicznych lekarzy, którzy nie mówią perfekcyjnie po polsku, czy bariera językowa może mieć kluczowe znaczenie?

Walery uważa, że w przypadku anafilaksji decydująca jest nie znajomość języka, lecz czas reakcji.

— Wstrząs anafilaktyczny to zawsze sekundy i minuty. Człowiek może błyskawicznie przestać oddychać: albo puchną drogi oddechowe, albo spada ciśnienie, albo jedno i drugie — mówi.

Taka reakcja może pojawić się niemal po każdym alergenie: leku, ukąszeniu owada, środku kontrastowym. W wielu przypadkach nie da się jej przewidzieć.

Schemat działania jest zawsze taki sam: podanie adrenaliny, wezwanie karetki, stały kontakt z dyspozytorem. Ale nawet przy idealnie wykonanych czynnościach wynik może być tragiczny.

— Karetka może nie zdążyć, nawet jeśli przyleci śmigłowcem — zaznacza Walery.

Według niego anafilaksję powinien umieć rozpoznać każdy lekarz. Jednak jeśli nigdy nie pracował w medycynie ratunkowej, może się pogubić.

— Tu nie chodzi o to, czy ktoś jest Polakiem, czy cudzoziemcem. To może zdarzyć się każdemu lekarzowi — podkreśla.

Białorusini i Ukraińcy zachowają możliwość pracy w Polsce na oświadczenia. Gruzję wykreślono z listy

Od 1 grudnia Białorusinów w Polsce nadal będzie można zatrudniać na podstawie oświadczenia — zezwolenia, które stosunkowo łatwo uzyskać. Prawo to pozostaje również w mocy dla obywateli Armenii, Mołdawii i Ukrainy. Z listy wyłączono natomiast Gruzję — wynika z rozporządzenia minister pracy, rodziny i polityki społecznej.

Oświadczenie o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi pozwala obcokrajowcowi uzyskać zaproszenie wojewódzkie do wizy oraz kartę pobytu — czasowe zezwolenie na pobyt. Uznaje się, że procedura uzyskania takiego oświadczenia jest stosunkowo prosta.

Oświadczenie umożliwia pracodawcy zatrudnienie cudzoziemca przy pracach niesezonowych na okres nie dłuższy niż 24 kolejne miesiące.

Zezwolenie na pracę nie jest wymagane od cudzoziemców, którzy mają swobodny dostęp do rynku pracy.

Opłaty wzrosną

Jednocześnie od 1 grudnia opłata za uzyskanie oświadczenia wzrośnie do 400 zł.

Podrożeją także inne rodzaje zezwoleń. Opłata za zezwolenie na pracę sezonową wyniesie 100 zł, na pracę do trzech miesięcy — 200 zł, a na dłuższy okres — 400 zł. Pracodawca, który zamierza delegować pracownika z zagranicy do pracy na terytorium Polski, będzie musiał zapłacić za zezwolenie 800 zł.

Z Polski deportowano Białorusinkę, która sama wracała do kraju. Powodem była jej grecka wiza

Polscy strażnicy graniczni zdjęli z autobusu w Terespolu kobietę wracającą na Białoruś. Później została deportowana. Powodem okazała się jej grecka wiza — relacjonowała w jednym z przygranicznych czatów chrześnica Białorusinki. Na historię zwróciło uwagę BGmedia.

Wszystko zaczęło się od wiadomości opublikowanej w czacie przygranicznym:

„Może ktoś teraz jest na granicy po stronie Polski w kierunku RB? Moją chrzestną zdjęli z autobusu Polacy i już od 9 godzin jej nie wypuszczają, nie ma z nią kontaktu. Obdzwoniłam już wszystko, brak jakichkolwiek informacji. Może ktoś na miejscu może coś ustalić albo chociaż zdobyć realne kontakty do straży granicznej?”.

Białorusinka dzwoniła do komendanta Placówki Straży Granicznej w Terespolu. Jego asystentka odpowiedziała, że „nie mogą udzielić żadnych informacji”, a „przekazanie jej [chrzestnej] telefonu przez kogokolwiek również nie jest możliwe”.

Później chrześnica Białorusinki przekazała szczegóły. Jej chrzestna ma około 60 lat. Nie miała kontaktu z bliskimi, ponieważ nie udało jej się uruchomić roamingu. Kobieta otrzymała na Białorusi grecką wizę. Następnie przyjechała na Litwę i stamtąd poleciała do Grecji. Będąc już na miejscu, przedłużyła wizę „w konsulacie lub na policji”. Oznacza to, że była to ważna grecka wiza, ale uprawniająca wyłącznie do pobytu w Grecji. Kobieta o tym nie wiedziała.

Z tą wizą przyleciała z Grecji do Warszawy.

„Czyli w ogóle nie powinni jej w Grecji wpuścić na pokład samolotu do Polski, ale to Grecy. Kręcili tam długo i zastanawiali się, ale ostatecznie uznali, że mogą” — napisała chrześnica.

Wkrótce poinformowała, jak historia się zakończyła. Według niej chrzestną wypuszczono, „deportację wlepili (czy z zakazem wjazdu do strefy Schengen, czy nie — nie wiadomo, będę ustalać jutro)”. Nie wiadomo również, czy nałożono na nią karę finansową.

Informacja MOST. W takich przypadkach polscy strażnicy graniczni wydają cudzoziemcowi decyzję o powrocie do kraju pochodzenia. To standardowa procedura na przejściach granicznych, jeśli przy wyjeździe z Polski okazuje się, że obcokrajowiec nie posiada dokumentów uprawniających do pobytu. Najprawdopodobniej kobieta otrzymała właśnie taką decyzję.

Białoruś i USA rozmawiają o uwolnieniu co najmniej 100 kolejnych więźniów politycznych

Białoruś prowadzi z administracją Donalda Trumpa rozmowy dotyczące możliwego, szybkiego zwolnienia co najmniej 100 więźniów politycznych — informuje Reuters, powołując się na trzy źródła zaznajomione ze sprawą.

Deklarowana liczba jest znacznie wyższa niż przy wcześniejszych negocjacjach. 21 czerwca 2025 roku na wolność wyszło i zostało wywiezionych z Białorusi 14 więźniów politycznych, w tym Siarhiej Cichanouski, a 11 września — 52 osoby. Polityk Mikalaj Statkiewicz odmówił jednak wyjazdu z kraju, po czym ponownie trafił do kolonii karnej. Jego dokładne miejsce pobytu pozostaje nieznane.

W schronisku odmówili jej adopcji kota, bo miała tylko pobyt czasowy. Białorusinka znalazła inne wyjście

Odkąd Maria pamięta, zawsze były przy niej koty — zwierzęta brała wyłącznie ze schronisk. Po przeprowadzce do Polski Białorusinka również zwróciła się do schroniska, aby adoptować kota, jednak odmówiono jej, ponieważ nie miała stałego pobytu. To samo usłyszała w kociej kawiarni. Mimo to się nie poddała — i ostatecznie udało jej się adoptować kotkę. Opowiedziała MOST, jak do tego doszło.

„Na OLX bierzesz kota w worku”

Do Polski Maria przeprowadzała się z kotką, którą wcześniej adoptowała w białoruskim schronisku. U zwierzęcia ujawniła się jednak wrodzona choroba. Mimo prób leczenia kotka zmarła.

— Długo dochodziłam do siebie po tej stracie. Ale nie wyobrażam sobie życia bez kota. Nawet nie zastanawiałam się, skąd go wziąć: całe życie brałam zwierzęta ze schronisk — opowiada Maria.

Najprostsze byłoby przyjęcie kota z ogłoszenia, ale ten wariant brała pod uwagę w ostateczności.

— Jakby to nie brzmiało, na OLX (platforma ogłoszeniowa — przyp. MOST) bierzesz kota w worku — nie wiadomo, co zwierzę przeszło, skąd je zabrano, w jakich warunkach żyło. Bardzo się bałam, że znów trafię na chore zwierzę i ono umrze po kilku latach. Chciałam maksymalnie się zabezpieczyć — mówi.

W mediach społecznościowych odzywali się do niej także białoruscy wolontariusze, prosząc, by przyjęła kota pod ich opieką. Obiecywali nawet przewieźć zwierzę przez granicę. Na to jednak się nie zdecydowała — koszt transportu sięgał 3 tys. zł.

„Odpadłam na pierwszym pytaniu”

Adopcja zwierzęcia z polskiego schroniska nie jest tak prosta, jak na Białorusi. Przyszli opiekunowie muszą wypełnić ankietę, przyjść na rozmowę kwalifikacyjną, a następnie pokazać mieszkanie — musi ono spełniać określone warunki. Zdarza się nawet, że pracownicy pytają sąsiadów, czy nie mają nic przeciwko kotu lub psu.

— To mnie nie odstraszało. Sprawdziłam, jakie schroniska działają w Trójmieście, i skontaktowałam się z tym, które miało najwygodniejszy formularz online do wypełnienia i umówienia wizyty.

Maria otrzymała termin rozmowy. Już na początku pracownicy zapytali ją, jaki ma tytuł pobytowy — posiadała pobyt czasowy. Wtedy usłyszała, że nie wydają zwierząt cudzoziemcom bez karty stałego pobytu.

— Odpadłam na pierwszym pytaniu — podsumowuje.

Maria próbowała dyskutować. Mówiła, że ma polskich znajomych, którzy mogą za nią poręczyć. W mediach społecznościowych czytała też relacje osób, którym udało się adoptować zwierzę mimo pobytu czasowego. Ale pracownicy pozostali nieugięci.

„Przymkniemy oko na tę nieszczęsną kartę”

Wtedy Maria skontaktowała się z właścicielką miejscowej kociej kawiarni — takie miejsca również przekazują zwierzęta do adopcji. Jednak także ona odmówiła, gdy tylko dowiedziała się, że Białorusinka nie ma karty stałego pobytu. Mimo to Maria nalegała na osobiste spotkanie.

— Porozmawiałyśmy, właścicielka spojrzała na mnie i powiedziała, że mam dobrą energię — że można mi zaufać i oddać kota, przymykając oko na tę nieszczęsną kartę pobytu.

Postawiła jednak jeden warunek — montaż zabezpieczającej siatki na balkonie, aby kot nie wypadł. Okazało się, że taka usługa kosztuje prawie 3 tys. zł, na co Maria nie była gotowa. Dlatego zamontowała siatkę samodzielnie i wysłała właścicielce nagranie.

— Powiedziała, że ten wariant jej nie odpowiada i że balkon nie jest bezpieczny — opowiada Maria.

„Podpisałam umowę, że zobowiązuję się nie znęcać nad zwierzętami”

Kiedy Białorusinka zastanawiała się jeszcze, czy jest gotowa zapłacić 3 tys. zł za profesjonalny montaż siatki balkonowej, odezwała się do niej znajoma Polka.

— Polecono mi weterynarza, który zabiera zwierzęta z ulicy, leczy je, trzyma przez jakiś czas w klinice i szuka im domów. Koleżanka powiedziała, że lekarz ma akurat dwa koty „z trudną historią”, których nikt nie chciał przygarnąć. Dopytałam ją jeszcze: „Na pewno weterynarz nie potrzebuje karty pobytu?” — wspomina Maria.

W klinice przedstawiono jej kotkę. Zwierzę było wysterylizowane, zaszczepione i miało około roku. Podczas spotkania Maria usłyszała, że mogą oddać kotkę choćby następnego dnia.

— Jedyne, czego ode mnie wymagano, to podpisanie umowy, w której zobowiązuję się nie znęcać się nad zwierzęciem. A jeśli pojawią się problemy — zwrócić kotkę tam, skąd ją wzięłam, a nie wyrzucać na ulicę. I to naprawdę wszystko.

„Myślę, że już potrzebny jest drugi kot”

Poproszono ją także, aby w pierwszych tygodniach adaptacji przesyłała do kliniki zdjęcia kotki. Zwierzę mieszka z Marią już miesiąc, a ona nadal wysyła zdjęcia i nagrania — mówi, że w czasie pobytu w klinice kotka stała się ulubienicą całego personelu.

— Jest bardzo aktywna i towarzyska. Myślę, że chyba już potrzebuje drugiego kota — śmieje się Maria.

Cały proces zajął około dwóch miesięcy. Białorusinka uważa, że kluczowy jest bezpośredni kontakt ze schroniskami lub specjalistami.

— Zawsze jest szansa, że zobaczą w tobie człowieka i zrozumieją, że na Białorusi nie jemy kotów na śniadanie — i że można nam powierzyć zwierzę.

W Warszawie zdemontowano namiot zwolennika Putina i Łukaszenki. Stał tam ponad rok

Władze Warszawy zdemontowały namiot z prorosyjskimi hasłami i czerwono-zieloną białoruską flagą, który od sierpnia 2024 roku stał naprzeciwko ambasady USA. Aktywista, który go ustawił, został zabrany do szpitala psychiatrycznego — informuje „Gazeta Wyborcza”.

Namiot ustawiony naprzeciwko ambasady Stanów Zjednoczonych był miejscem, gdzie prorosyjscy aktywiści rozwieszali antyukraińskie transparenty i rozdawali ulotki. Inicjatorem akcji był Andrzej Zakrzewski, lider ruchu „Suwerenność Narodu Polskiego”. Gdy we wrześniu 2025 roku dziennikarze Euroradia odwiedzili to stałe miasteczko protestu, Zakrzewski opowiadał im m.in., że Ukrainę „przejęli żydowscy oligarchowie”, że Putin został sprowokowany do ataku, nazywał prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego „bandytą i narkomanem”, a Alaksandra Łukaszenkę chwalił za to, że „ocalił Białoruś, ziemię i majątek”.

Pomówienia kierowano również pod adresem wielu polskich polityków, których oskarżano o rzekome „powiązania z organizacjami żydowskimi”. Mimo to miasto przez długi czas nie mogło usunąć namiotu. Rzeczniczka warszawskiego ratusza tłumaczyła „Wyborczej”, że władze nie mają prawa odmówić zgromadzenia zarejestrowanego przez ruch społeczny, bo naruszałoby to Konstytucję RP.

Namiot udało się usunąć dopiero wtedy, gdy Zakrzewski popełnił błąd — zaczął składować w środku butle gazowe. Inspektorzy straży pożarnej uznali, że taki obiekt stwarza zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi. W ostatnich miesiącach namiot nie był już pikietą polityczną, lecz konstrukcją, która nielegalnie zajmowała pas drogowy.

20 listopada namiot został zdemontowany w asyście policji, straży miejskiej i straży pożarnej. Według informacji „Gazety Wyborczej” Zakrzewski stawiał opór. Na miejsce wezwano karetkę, która przewiozła go do szpitala psychiatrycznego.